Powód? Brak pieniędzy. Dyrektor placówki wyliczał: jeden pacjent go kosztuje 270 zł, a NFZ płaci za niego 216 zł. Ostatecznie wynegocjował od NFZ większe pieniądze. Z kolei w dolnośląskim Lubiążu funkcjonowanie psychiatrycznych oddziałów dziecięcych kosztuje rocznie 4,5 mln zł. Jak na naszą prośbę wyliczył dyrektor Jacek Kacalak, między styczniem a październikiem 2014 r. przyniosły one stratę rzędu 450 tys. zł.
Urzędnicy przyznają, że psychiatria dziecięca jest niedofinansowana, a szpitale otrzymują mniej pieniędzy, niż wynoszą ich realne koszty. Z analiz Agencji Oceny Technologii Medycznych (AOTM) wynika, że luka finansowa wynosi nawet 20 proc. AOTM pracuje nad nową wyceną, która ma obowiązywać od przyszłego roku, i kończy właśnie etap analityczny. Dyrektorzy spowiadają się ze wszystkiego: ile kosztują ich leki, personel medyczny, gaz i prąd oraz posiłki. Liczony jest też czas pracy lekarzy oraz pielęgniarek. Wstępne analizy potwierdzają, że nie jest najlepiej.
– – potwierdza prezes AOTM Wojciech Matusewicz. Szef Mazowieckiego Centrum Neuropsychiatrii Michał Stelmański przyznaje, że taka podwyżka uchroni placówkę przed widmem likwidacji. – – mówi prezes. Podniesienie wycen o tę kwotę nie rozwiąże jednak wszystkich problemów. Stelmański wylicza, że nadal nie będzie go stać na podwyżki dla personelu, konieczne remonty budynku czy inwestycje w nowy sprzęt. Takie wydatki wciąż będą ponadprogramowe.
Była konsultant krajowa w dziedzinie psychiatrii dzieci i młodzieży prof. Małgorzata Janas-Kozik mówi, że przez kilkanaście lat jej pracy na oddziale psychiatrii i psychoterapii wieku rozwojowego w Sosnowcu nie było roku, by leczenie dzieci się bilansowało. Oddział zawsze był pod kreską. Co więcej, wyceny są bardzo zróżnicowane w zależności od województwa. Za jeden dzień leczenia dziecka na Mazowszu szpital otrzymuje 182 zł, a na Pomorzu już 234 zł. Wyższa stawka za konkretne leczenie musiałaby jednak pociągnąć za sobą zwiększenie kwoty, którą NFZ przeznacza na całą psychiatrię dziecięcą. Jeżeli tak się nie stanie, zwiększenie wyceny będzie oznaczało również zmniejszenie dostępności leczenia, bo za taką samą kwotę będzie można przyjąć mniej pacjentów.
Niedofinansowanie to tylko początek długiej listy problemów. Rzecznik praw dziecka Marek Michalak zwraca uwagę na niedostateczny nadzór i nieprzestrzeganie praw dziecka na niektórych oddziałach psychiatrycznych. Z przygotowanych przez jego biuro raportów wynika, że młodzi pacjenci byli pozbawiani kontaktu z rodziną. Rzecznik zwrócił też uwagę, że na oddziałach psychiatrycznych przebywa wiele dzieci, którym wystarczyłaby opieka ambulatoryjna lub psychologiczna. Do szpitali kierują je często rodziny, które nie mogą sobie z nimi poradzić, lub ośrodki pieczy zastępczej, w których tymczasowo przebywają.
Michalak w wystąpieniach do ministra zdrowia domagał się, by resort skontrolował dziecięce oddziały psychiatryczne. Resort odmówił. O standardy walczą także sami lekarze. – – deklaruje prof. Małgorzata Janas-Kozik. System jest też nadal oparty na leczeniu szpitalnym, choć według Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego (NPOZP) powinno się kłaść nacisk na leczenie w środowisku pacjenta. Do domu powinien przyjeżdżać specjalista: psychiatra, psycholog, pielęgniarka socjalna. Takie są wytyczne unijne. – – mówi prezes AOTM Wojciech Matusiewicz.
Niektóre regiony zaczęły więc działać na własną rękę. W Łódzkiem postanowiono wyjąć ze szpitali dzieci leczące się z uzależnień. Otwarto rehabilitację krótkoterminową i poradnię leczenia uzależnień. Placówki działają od 1 sierpnia i już mają sporo pacjentów. – – tłumaczy rzeczniczka łódzkiego NFZ Anna Leder.
Także Halina Flisiak-Antonijczuk z Centrum Neuropsychiatrii Neuromed we Wrocławiu mówi, że leczenie w domu pacjenta jest bardziej przyjazne. Problem znowu stanowią pieniądze. Fundusz płaci za jeden dzień opieki nad dzieckiem w ośrodku dziennym ok. 90 zł. Za to trzeba przygotować terapię indywidualną, rodzinną, badania diagnostyczne, nakarmić dzieci (wiele jest niedożywionych), opłacić specjalistów i utrzymać budynek. I tak wrocławscy lekarze naginają fundusze, przyjmując poza limitem maluchy z podejrzeniami zaburzeń.
– – tłumaczy Flisiak-Antonijczuk. Ale na przyjęcie na oddział dzienny już czekają; czasem nawet pół roku. A liczba dzieci z zaburzeniami będzie rosnąć. Także dlatego, że zwiększa się liczba wcześniaków i ciąż powikłanych. Te dzieci są narażone na różnorakie zaburzenia rozwojowe. Tymczasem w Polsce brakuje specjalistów. Obecnie jest ich ponad 300, choć z założeń NPOZP wynika, że powinno ich być 400, a zgodnie z wytycznymi WHO – nawet 700. – – dodaje prof. Janas-Kozik. Dobry jest w kilku miastach, w których są kliniki uniwersyteckie. Nieźle radzi sobie Śląsk. – – opowiada była konsultant krajowa.