Dziennik Gazeta Prawana logo

Wojna o leczenie w domu. Chory wykluczony z leczenia za karę?

31 sierpnia 2015, 07:57
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Szpital
Szpital/Shutterstock
Chorego na sztywniejące zapalenie stawów wykluczono z leczenia. Jak przekonuje Paweł Marmurowicz, za karę. Bo protestował przeciw zbędnemu przetrzymywaniu w szpitalu.

Placówka medyczna argumentuje, że o celowym wykluczeniu nie może być mowy. Leczenie przestało być po prostu skuteczne. Sprawą zajmuje się prokuratura, bo istnieje podejrzenie, że sfałszowano dokumentację medyczną Marmurowicza, by uzasadnić decyzję o zakończeniu leczenia. Minister zdrowia prof. Marian Zembala zapewnił w rozmowie z DGP, że osobiście przyjrzy się sprawie.

Historię protestów opisywaliśmy w naszej gazecie kilkukrotnie. Pacjent od ponad czterech lat toczy batalię o to, by zmienić zasady leczenia osób ciężko chorych na sztywniejące zapalenie stawów. Walczy o to, by przyjmujący leki podawane podskórnie mogli kupować je w aptece i brać samodzielnie w domu. Dokładnie tak samo, jak cukrzyk przyjmuje insulinę.

– przyznaje konsultant krajowy w dziedzinie reumatologii prof. Witold Tłustochowicz. Tłumaczy, że w przypadku leków podawanych podskórnie nie ma zagrożenia, które wymagałoby pobytu w szpitalu. Pacjenci mogą spokojnie kupować je na własną rękę w aptece na receptę przepisaną przez lekarza reumatologa w rejonie.

Obecnie, aby otrzymać lek, muszą co miesiąc, ewentualnie raz na trzy miesiące, przyjeżdżać do szpitala. Dla większości oznacza to dojazd do innego miasta, zwolnienia z pracy, a nawet przeprowadzkę. Tak było również w przypadku Marmurowicza. Zachorował 10 lat temu, a od 2007 r. leczy się lekami biologicznymi. To drogie preparaty, dlatego dostępność do nich była limitowana. Przepisy się zmieniały: najpierw otrzymywał je w ramach farmakoterapii niestandardowej, potem terapii lekowej, która ostatecznie przeszła w program lekowy. Nie zmieniło się jedno: Marmurowicz zawsze musiał po lek dojeżdżać do szpitala.

Na początku nie miał pracy, a dojazdy niczego nie komplikowały. Ale kiedy kilka lat temu leki zaczęły działać, a on zaczął pracować, zwolnienie co miesiąc okazało się kłopotliwe. Marmurowicz mieszka w Łagiewnikach, 50 km od Poznania, do którego musiał dojeżdżać. Wydatki na benzynę nie były problemem. Kłopotem było to, że za każdym razem musiał brać urlop wypoczynkowy, co zabierało mu 12 dni urlopu w roku. – – mówi w rozmowie z DGP.

Marmurowicz włączył się w ogólnopolską akcję protestacyjną zainicjowaną przez Stowarzyszenie Chorych na Zesztywniające Zapalenie Stawów Kręgosłupa. Polegała ona m.in. na wywieszaniu w szpitalach plakatów o treści: .

W kwietniu tego roku Marmurowicza wykluczono z leczenia. –– tłumaczy Witold Bieleński, dyrektor ortopedyczno-rehabilitacyjnego szpitala w Poznaniu, w którym leczył się buntownik.

O tym, czy pacjent dalej otrzymuje leczenie, decyduje przede wszystkim ankieta BASAI, w której zaznacza się, czy odczuwa on bóle i jakie jest natężenie choroby. Zdaniem Marmurowicza ankieta została sfałszowana. – – opowiada. Sprawą zajął się prokurator. To jednak nie rozwiąże problemu wszystkich chorych, którzy walczą o możliwość leczenia się w domu.

Paradoks polega na tym, że leczenie chorych w szpitalu jest nie tylko niewygodne dla chorych, ale także drogie dla państwa. Za podanie w szpitalu placówka otrzymuje od NFZ 1,4 tys. zł plus refundację leków. Gdyby chory kupował lek sam w aptece, wystarczyłaby refundacja samych preparatów. Koszt kontroli lekarskich wynosiłby na kwartał 102 zł.

Zdaniem Bartłomieja Kuchty, adwokata prowadzącego sprawy chorych m.in. z zapaleniem stawów, utrzymywanie w systemie szpitalnym leków, które mogłyby być sprzedawane w aptekach, świadczy o braku gospodarności Ministerstwa Zdrowia.

Resort broni się, argumentując, że wypuszczenie leków do aptek byłoby ze szkodą dla pacjentów. Z powodu niskiej ceny preparat byłby narażony na wywóz z Polski za granicę.

Kolejna przyczyna – jak tłumaczy MZ – to cena. Ministerstwo uważa, że wypuszczając lekarstwa do apteki, obciążyłoby finansowo chorych, bowiem refundacja leku byłaby zbliżona do najtańszego produktu, czyli nowych leków biopodobnych o wiele tańszych niż drogie biologiczne. To oznacza, że chory w aptece musiałby dopłacić nawet 2 tys. zł.

Zdaniem Bartłomieja Kuchty wiele zależy od negocjacji ministerstwa z firmami. A ponadto, co potwierdza konsultant krajowy w dziedzinie reumatologii prof. Tłustochowicz, jeżeli pacjent będzie miał do wyboru lek biopodobny za ryczałt, czyli 3,20 zł, i lek za 2 tys. zł, to kupować będzie ten tańszy. Taka konkurencja doprowadzi do obniżenia ceny także tych drogich preparatów.

Jest jeszcze jeden kłopot. Koncerny farmaceutyczne. Tym – a szczególnie producentom drogich leków biologicznych – nie opłaca się wypuszczanie swoich leków do aptek. Kiedy są w programach lekowych, mają gwarancję, że to ich preparaty będą używane. W aptece musiałyby konkurować z tańszymi biopodobnymi.

Kilka stowarzyszeń skupiających pacjentów borykających się z chorobami reumatologicznymi zaapelowało do firm produkujących leki reumatologiczne, prosząc je, by złożyły wnioski do resortu zdrowia o umożliwianie sprzedaży aptecznej. Odpowiedzi firm były wymijające. – – podsumowuje w rozmowie z nami jeden z ekspertów.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj