Nową aplikację ściągnęło już kilkadziesiąt tysięcy osób. Wprawdzie by do rejestru eWUŚ, czyli wykazu ubezpieczonych i nieubezpieczonych pacjentów, uzyskać pełen dostęp, potrzebny jest specjalny login wydawany tylko pracownikom służby zdrowia, lecz nie ma pewności, czy lekarze lub inne osoby z uprawnieniami nie będą przekazywać go osobom trzecim.

Reklama

- Nasza aplikacja ma być pomocna np. podczas wizyt domowych. Po ściągnięciu jej na smartfona lekarz będzie mógł od razu na miejscu sprawdzić status pacjenta – tłumaczy Robert A. Beksiński z firmy Ericpol, która stworzyła ten program.

- Jednak co ważne, za jej pomocą z rejestru korzystać mogą tyko uprawnieni świadczeniodawcy po zalogowaniu do systemu. W porozumieniu z naszymi klientami zadbaliśmy także o to, by nawet po zagubieniu sprzętu ze ściągniętym programem obca osoba nie mogła skorzystać z pełnego rejestru – zapewnia Beksiński.

Nie tylko ta komercyjna aplikacja budzi kontrowersje, jeżeli chodzi o ochronę danych pacjentów w systemie eWUŚ.

„Czy tworzącym system zabrakło wyobraźni, delikatności i ludzkiego wyczucia, czy może odpowiedzialności” – pytała kilka dni temu zbulwersowana Bożena Janicka, prezes Porozumienia Pracodawców Ochrony Zdrowia, w liście do rzecznika praw obywatelskich.

Janicką oburzyła sytuacja, do jakiej doszło w przychodni lekarza rodzinnego. Podczas sprawdzania uprawnień do świadczeń jednego z pacjentów po wpisaniu numeru PESEL na ekranie wyświetliło się imię i nazwisko, przy czym nazwisko było inne niż na karcie dziecka. Było to nazwisko biologicznych rodziców adoptowanego dziecka. Poprzez eWUŚ matka adopcyjna poznała dane dziecka, których nigdy nie chciała znać.

Wprawdzie Narodowy Fundusz Zdrowia, uruchamiając ten system, zapewniał, iż jest całkowicie dopracowany pod względem zabezpieczenia danych wszystkich pacjentów, ale w trakcie jego użytkowania pojawiają się coraz to nowe problemy.