Leki są dla Polaków tak ważne, że nie można obywateli straszyć. Ale nie można też – z tego samego powodu, czyli ich znaczenia dla naszego życia – ludzi oszukiwać. Tymczasem ostatnie dni pokazują przepaść między komunikatami przekazywanymi przez Ministerstwo Zdrowia a rzeczywistością. Ta ostatnia jest niestety zdecydowanie ciemniejsza, niż chcieliby ją widzieć urzędnicy. Czołowy polski hurtownik opublikował właśnie dane o zapotrzebowaniu na leki i jego realizacji: potrzebuje setek tysięcy opakowań do dalszej dystrybucji, dostaje setki. Bez tysięcy.

W ubiegły wtorek (9 lipca) napisaliśmy w DGP, że pacjentom brakuje już 500 leków. 10 lipca minister Łukasz Szumowski powiedział, że nie należy mówić o kryzysie lekowym, a „problem z dostawą substancji czynnych był, ale dostawy zostały już wznowione” i „leków przybywa”. 11 lipca dorzucił, że „w tej chwili ten problem jest już rozwiązany, produkty trafiają do hurtowni, do aptek”. Zapewnił, że leki są już w Polsce. 15 lipca minister stwierdził, że uruchomiona infolinia lekowa, na której można uzyskać informację, gdzie kupić produkt, cieszy się ogromną popularnością. Warto się zastanowić, po co ludzie na nią dzwonili, skoro te były już w aptekach. 17 lipca powiedział, że „ilość leków w Polsce jest stabilna, a problemy z zaopatrzeniem powoli się kończą”. Wiceminister zdrowia Maciej Miłkowski dodał, że „problem z dostępem do leków występuje lokalnie”. Członkowie samorządu aptekarskiego przyznali zaś, że wiceminister powiedział prawdę: lokalnie, od Odry do Buga. 18 lipca minister Łukasz Szumowski z kolei wskazał, że leków czasami brakowało, bo pacjenci odczuli potrzebę zrobienia zapasów.

Na początku żadnego kryzysu lekowego nie było, potem był on nieznaczny, teraz się kończy, a tak w ogóle, to wszystko jest winą pacjentów

CZYTAJ WIĘCEJ W WEEKENDOWYM WYDANIU "DGP">>>