W krakowskim szpitalu im. Dietla w tym roku jest 30 osób, które – z medycznego punktu widzenia – mogłyby wrócić do domu. Nie wracają, bo rodziny nie chcą ich zabrać. Dyrektor placówki Andrzej Kosiniak-Kamysz szacuje, że ostatnio takich przypadków przybyło o co najmniej 20 proc. – Musiałem wcześniej wrócić z urlopu, bo lekarze przestali radzić sobie z problemem. Dzwonię więc po rodzinach, szukam miejsc w ośrodkach opiekuńczo-leczniczych – mówi. Sprawa jest pilna. Szpital musi zwolnić miejsca, bo podczas świąt jest dużo nagłych przyjęć i trzeba być na to przygotowanym.

Reklama

Rodziny często mówią wprost: chcą odpocząć przez święta. Jedni biorą na litość, inni zaczepnym tonem pytają, czy pacjent jest zdrowy. – A wiadomo, że osoba starsza zawsze ma jakieś kłopoty ze zdrowiem. Więc rodziny straszą, że zadzwonią do prawników i mediów opowiedzieć, jak wyrzucamy chorych ze szpitala i narażamy ich życie – opowiada dyrektor. Dodaje, że kiedyś było to charakterystyczne zachowanie dla ludzi z miasta. Ale teraz upada także wiejska tradycja opiekowania się starszym pokoleniem. – Przyjeżdża trójka rodzeństwa ze wsi i kłócą się, bo żadne nie chce wziąć mamusi pod opiekę – ciągnie opowieść.

Scenariusz zawsze jest podobny – rodzina wzywa karetkę, bo starsza osoba ma duszności, obrzęki i bóle. Pacjent jedzie do szpitala. – Po kilku dniach go wypisujemy, ale nikt się po niego nie zgłasza aż do Nowego Roku – mówi Agnieszka Pachorz, prezes szpitala w Pleszewie. Kiedyś rodzina wprost poprosiła ją o przechowanie ojca. – Powiedziałam, że doba w szpitalu kosztuje 320 zł, i wycofali się – mówi Pachorz.

Na oddziałach ratunkowych lekarze szybko orientują się, czy mają do czynienia ze świąteczną babcią czy faktycznie z nagłym przypadkiem. – Ale przecież nie wyrzucimy pacjenta. Kierujemy na inny oddział i liczymy się z tym, że zostanie tu aż do Nowego Roku – mówi Larysa Miazga, pielęgniarka w Wojewódzkim Centrum Szpitalnym Kotliny Jeleniogórskiej.

Niektóre szpitale wzywają policję, dzwonią do pomocy społecznej, szukają miejsc w placówkach opiekuńczo-leczniczych. – Ale na miejsce czeka się tygodniami – mówi Kosiniak-Kamysz. W jego szpitalu jest specjalny pracownik, który zajmuje się głównie problemem, którego akurat w święta postanowiły pozbyć się rodziny.