Mamy sezon letni, więc na oddziałach ortopedycznych przybywa pacjentów z różnymi urazami, jakich nabawili się jeżdżąc na rowerze czy chodząc po górach. Na ile mogą liczyć na pomoc polskich specjalistów?

Dr hab. n. med. Paweł Łęgosz: Z dumą mogę powiedzieć, że od jakichś dziesięciu lat mamy niesamowity postęp, wzrosła jakość udzielanych świadczeń, a także zwiększyła się ich dostępność. Wcześniej niektóre techniki operacyjne czy np. implanty, były zarezerwowane dla krajów wysoko rozwiniętych. Dziś nie mamy się czego wstydzić. Kiedy jeżdżę do szpitali w krajach, które odwiedzałem na początku mojej kariery naukowej, takich jak Wielka Brytania, Stany Zjednoczone czy Izrael z satysfakcją obserwuję, że dysponujemy tym samym, co one, a niejednokrotnie dostępność w Polsce do niektórych technik jest większa. Weźmy np. Anglię i kolejki do wymiany stawów (to mój chleb powszedni: w Polsce pod koniec 2017 r. minister Radziwiłł uwolnił procedury endoprotez – stały się one nielimitowane – i natychmiast kolejki na te zabiegi zaczęły maleć. Po prostu – ambicją każdego oddziału urazowego czy ortopedycznego było wykonywanie jak największej ilości endoprotez, ponieważ były to pieniądze, które "leżały na ulicy". Obecnie na endoprotezę czeka się maksymalnie 12 miesięcy, a są ośrodki, gdzie czas oczekiwania wynosi 1-2 miesiące. W Anglii, gdzie takiego "uwolnienia" nie było a, dodatkowo, COVID wstrzymał masę planowanych operacji, w NHS (National Health Service), odpowiedniku naszego NFZ-u nie mają nawet pomysłu, jak rozładować te kolejki. Natomiast pacjenci, z powodu dolegliwości bólowych, a także towarzyszącej im depresji – z powodu wyłączenia ich z normalnego życia – konsumują masę leków m.in. przeciwzapalnych i przeciwbólowych, co wpływa niekorzystnie na inne narządy. I zaczyna się lawina nieszczęść… W Polsce czegoś takiego nie ma. To prawda, że do endokrynologa czekamy dwa lata, do kardiologa – rok, ale to wynika z tego, że jest bardzo mało lekarzy – niecałych dwóch na 100 tys. ludności, dwa razy mniej, niż w krajach naprawdę wysokorozwiniętych, jak np. Szwajcaria. Ale za kilkanaście lat rozwiążemy ten problem kształcąc coraz większą liczbę lekarzy: np. w Warszawie będziemy mieli za chwilę czwarty wydział lekarski – na Uniwersytecie Warszawskim.

Reklama

A jak się mają rzeczy w ortopedii?

Całkiem dobrze, bo krajowy konsultant d.s. ortopedii zadbał odpowiednio wcześniej, żeby liczba specjalistów w tej dziedzinie była duża i w tym momencie praktykujących ortopedów jest w Polsce ponad trzy tysiące, w związku z czym kolejki do ortopedów na wizytę przez NFZ też zaczynają maleć.

Co w ortopedii jest dziś takiego, czego nie było dziesięć lat temu?

Niesamowicie rozwinęły się choćby inżynieria i informatyka, dlatego technologia przez duże T stała się nieodłącznym atrybutem medycyny. To bardzo szeroki temat, ale dam tylko kilka przykładów. Kiedyś mieliśmy niesamowity problem, kiedy w kościach zdarzały się ubytki – jak je zaopatrzyć. Braliśmy fragmenty kości ze zwłok i nimi staraliśmy się odbudować ubytek. Dzisiaj za pomocą tomografii komputerowej i specjalnego programu potrafimy dokładnie ocenić, jak wygląda dany ubytek i za pomocą technologii 3D wydrukować ze stopu metali – to jest najczęściej chrom, mangan, molibden, tytan - taki wydrukowany element umieszczamy w ubytku tak, żeby dokładnie do niego pasował. Dzięki temu możemy odtworzyć kończynę. Dzieje się tak najczęściej w przypadku zmian nowotworowych, ale także zmian pourazowych, jak również w przypadku ubytku kości po wcześniej założonych endoprotezach, kiedy dochodzi do dużej destrukcji z powodu ich obluzowania. To jest ten skok techniczny, który w Polsce się rodził gdzieś od początku 2014 roku; z dumą mogę powiedzieć, że Warszawska Klinka Ortopedyczna (do czego przyczyniłam się i ja, wraz z prof. Pawłem Małdykiem) była pionierem w stosowaniu tych implantów w ortopedii nieonkologicznej. Do dzisiaj stosujemy to z dużym powodzeniem, mamy wykonanych już kilkadziesiąt takich zabiegów. I to, co podkreślę, refundowanych przez NFZ. To kosztowne zabiegi, jeden kosztuje ok. 100 tys. zł, ale się opłacają, bo dzięki nim pacjenci już nie wracają na reoperację. Kiedy stosowaliśmy inne sposoby pacjenci wracali, po 2-3 latach.

Czemu te zabiegi są takie drogie?

Reklama

Droga jest technologia, sama myśl techniczna, program komputerowy, a potem drukarka 3D i wyprodukowanie tego implantu, to robi taką kwotę. Posiłkujemy się dostawcami z zagranicy, nie robimy tych drukowanych w 3D implantów w kraju.

OK, rozumiem, choć wolałabym, żeby takie drukarki były w każdym naszym szpitalu.

Ja także bym tego chciał. Może za chwilę tak się stanie. Ale tym, co mnie teraz absolutnie fascynuje, są okulary do rozszerzonej rzeczywistości. One mogą nam pomagać w samych operacjach, ale mogą być także pomocne w kształceniu studentów. Tych studentów, tak jak już mówiliśmy, przybywa, więc obawiam się, że wkrótce będziemy mieli taki sam problem, jak na Zachodzie – nie będziemy mieli ich gdzie uczyć zawodu.

Od dawna brakuje zwłok, na których mogliby się uczyć, poza tym pacjenci nie bardzo mają ochotę udostępniać swoje ciała dla edukacji młodych lekarzy.

Stąd pomysł, który funkcjonuje w innych krajach – aktora, który jest przygotowany do symulowania różnych chorób, po to, żeby student mógł przeprowadzać z nim pewne czynności. Natomiast w okularach 3D moglibyśmy tworzyć, tak, jak w grach komputerowych, pola walki. Czyli np. mamy szpitalny oddział ratunkowy, czy jakieś inne sytuacje krytyczne, i student, mając takie "bryle" na oczach, mógłby sprawdzać, niczym na polu walki, swój algorytm postępowania. No i przyzwyczajać się do widoku pola operacyjnego, może potrenować „na sucho”.

Takie metody nauczania już funkcjonują?

Tak, oczywiście, na zachodzie jest to już norma. Natomiast ja jestem prekursorem zastosowania okularów tego typu w operacjach, One pomagają w sposób istotny skrócić jej czas, gdyż cała diagnostyka wstępna jest wczytywana do systemu, a ja podczas operacji mogę zobaczyć wyniki np. obrazowania podczas tomografii komputerowej, a dzięki temu patrząc na pole operacyjne, porównując je z tym, co mam przed oczyma – np. duży ubytek wynikający ze zmian nowotworowych - mogę sobie szybko zaplanować proces operacji, to mi bardzo ułatwia robotę. Skraca czas operacji, ubytek krwi, zmniejsza ryzyko infekcji. Poza tym, mając te okulary 3D, jak sobie już wydrukuję ten kawałek kości, to w okularach mam wgrany cały plan operacji, więc wiem, w jaki sposób implant włożyć, jakiej długości śruby zastosować, po prostu jestem mądrzejszy.

Te okulary 3D mogą się przydać tylko na stanowiskach ortopedycznych?

Oczywiście, że nie. W czasie epidemii COVID-19 takie okulary były świetnymi narzędziami do robienia obchodów lekarskich w strefach skażonych, gdyż cała dokumentacja pacjentów jest przeniesiona z systemu do okularów, nie trzeba więc przewracać kartek papieru z wydrukami wyników badań czy historii choroby. Ta technologia rodzi się, firma MedApp, to taki krakowski start-up, z którym mamy współpracę, ma już świetne wyniki w kardiologii; wizualizują zabiegi przeznaczyniowe, dobrze im idzie także w ortopedii, dokonaliśmy razem kilku takich operacji w 3D i tę technologię rozwijamy. Dążymy do tego, by połączyć diagnostykę śródoperacyjną, czyli wykorzystanie ramienia RTG czy tomografii komputerowej w taki sposób, by obrazy tego, co się dzieje w ludzkim organizmie, natychmiast były przenoszone do okularów – "na żywo", w czasie rzeczywistym. To pozwoli na większą precyzję podczas zabiegu. Uważam, że ta technologia jest przyszłością medycyny.

To brzmi nieco jak science fiction.

Science tak, fiction już nie, to się dzieje. Kolejna rzecz, która nas nie ominie, to aplikacyjność medycyny coraz więcej rzeczy będziemy załatwiać w kategorii zdrowie dzięki aplikacjom. Razem ze swoimi studentami opracowaliśmy aplikację, która ma na celu pomóc pacjentom przygotować się do operacji endoprotezy stawu biodrowego i kolanowego – endopedię. Odpowie ona na wszystkie pytania, jakie mogą człowiekowi przyjść do głowy w związku z koniecznością poddania się takiemu zabiegowi – co powinien zrobić przed operacją, co zabrać do szpitala, jak będzie wyglądał zabieg, rehabilitacja etc. Poruszamy nawet życia seksualnego człowieka z protezą. Takie aplikacje będą wchodziły do każdej dziedzinie medycyny – będziemy żyli coraz dłużej, lekarzy nie będzie przybywało tak szybko, jakbyśmy sobie tego życzyli, więc aplikacje będą zastępowały pierwszy kontakt z lekarzem. Mamy już autonomiczne samochody, autonomiczne sklepy bez kasjerów, za chwilę będą autonomiczne rejestracje w przychodniach, pacjent będzie zadawał pytania, odpowiadał na nie będzie bot. Ta technologia będzie też przydatna lekarzom, gdyż liczba pacjentów będzie coraz większa, a tym samym my będziemy mieć coraz mniej dla nich czasu, więc aplikacje będą nam pomagały w tym, aby ich jak najprędzej zdiagnozować. Jeden z moich asystentów pracuje właśnie nad aplikacją, która będzie mogła diagnozować u noworodków wady w stawie biodrowym. Teraz uczymy sztuczną inteligencję, wrzucając tysiące różnych obrazów z USG, wychwytywać patologie. Jeden z inżynierów, który kiedyś z nami pracował, teraz jest cenionym specjalistą w Nowym Jorku, nauczył sztuczną inteligencję, przy użyciu kilku tysięcy skanów z rezonansu magnetycznego, rozpoznawać choroby nowotworowe piersi. Jeżeli ta sztuczna inteligencja będzie miała do dyspozycji klika miliony skanów, to pomyłki w diagnozie będą rzadsze, niż te, które popełnia człowiek. Niestety, choć będziemy dążyli do doskonałości, to medycyna będzie się dehumanizowała. To już widać dzisiaj: choć jako wykładowcy wiele czasu poświęcamy młodym ludziom, żeby nauczyć ich empatii, mamy z tym kłopot. Oni są jacyś inni, żyją w sztucznym, cyfrowym świecie. Obawiam się, że tego nie da się już zatrzymać.

Nie zapominajmy o robotach.

Tak, one są już obecne także w ortopedii – stosuje się je w endoprotezoplastykach, robot pomaga w tym, aby implant w sposób doskonały wstawić w człowieka. Na razie koszt takich operacji nie wpływa na popularyzację tej techniki, ale, moim zdaniem, to jest nieuniknione i taki sprzęt będzie się pojawiał w polskich salach operacyjnych. Amerykanie już go upowszechnili, jak mi tłumaczyli tamtejsi lekarze, wpływ miała na to popularność procesów sądowych wytarzanych w USA przez niezadowolonych pacjentów, a przecież nikt nie chce mieć pozwów. Natomiast, gdy robot współuczestniczy w zabiegu, tworzy z niego raport dokumentujący każdy ruch, wszystkie procedury, kąty, wycięcia… Nie ma precyzyjniejszego urządzenia, które to wszystko zmierzy, w związku z czym – jeśli zabieg został przeprowadzony prawidłowo, a mimo tego pacjent nie odczuwa poprawy, lekarz może udowodnić swój brak winy czy zaniechania. Ale to tylko taka anegdota, nas interesuje to, żeby zabiegi były wykonywane z największą możliwą dokładnością, a temu właśnie roboty służą. Oczywiście za ich pomocą, przynajmniej na razie, nie da się wszystkiego zoperować, ale są dziedziny, gdzie są niezbędne.

Rozmawiała: Mira Suchodolska

Dr hab. n med. Paweł Łęgosz – ortopeda i traumatolog narządu ruchu, pracownik naukowo-dydaktyczny Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, adiunkt i zastępca ordynatora Kliniki Ortopedii i Traumatologii Narządu Ruchu Szpitala Klinicznego Dzieciątka Jezus UCK WUM, koordynator Oddziału Ortopedii i Endoprotezoplastyki w Klinice.