Reakcje organizmu na zakażenie wirusowe można w niektórych przypadkach porównać do sytuacji, w której wpuszcza się pięciolatka do kuchni, żeby posprzątał. Może i coś umyje, ale przy okazji stłucze najlepszy serwis – mówi prof. Anna Piekarska, szefowa Katedry Chorób Zakaźnych w Klinice Chorób Zakaźnych i Hepatologii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, która od początku pandemii zajmuje się pacjentami z COVID-19.
O co chodzi? O to, że u części chorych najgorsze szkody paradoksalnie wyrządza nie wirus, lecz nasz własny organizm, kiedy chce ograniczyć zakażenie.
Dlatego największe niebezpieczeństwo pojawia się zazwyczaj w drugim tygodniu choroby – dodaje lekarka.
To moment, kiedy zaczyna się drugi etap choroby. Wirusa może już wtedy nie być w organizmie, ale nasz układ immunologiczny sieje spustoszenie.
Reklama
Reakcja organizmu jest nadmierna, często nieadekwatna – opisuje prof. Piekarska.
Pojawia się wówczas kaskada groźnych objawów, takich jak niewydolność oddechowa, a stan zapalny w płucach się nasila. Leki przeciwwirusowe już nie działają. Można hamować tę burzę immunologiczną odpowiednimi preparatami lub stosować tylko leczenie objawowe – sięgnąć po tlenoterapię i respirator.
Leki, które mogą okazać się skuteczne, muszą być podawane wtedy, kiedy pacjent ma jeszcze wirusa w sobie. Ale jak mówią nasi rozmówcy, nie jest to takie proste. Bo COVID-19 atakuje podstępnie, nie dając przez pierwsze kilka dni (zwykle około trzech) objawów. Mimo to nie tylko zakażamy, lecz także już chorujemy. Część pacjentów (20 proc.) jak już choruje, to ostro. Kto i dlaczego przechodzi koronawirusa najciężej? Tego nadal nie wiadomo. Z zebranych doświadczeń wynika, że osoby z chorobami współistniejącymi radzą sobie gorzej. Dlaczego?
Nie wiemy, nikomu nie udało się tego sprawdzić. Cukrzyca i nadciśnienie wpływają na cięższy przebieg COVID-19, ale są inne choroby metaboliczne oraz układu krążenia i oddechowego, które nie pogarszają rokowania chorych – mówi prof. Robert Flisiak, szef Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych. Inni wskazują też na indywidualną charakterystykę danego pacjenta określoną m.in. przez genetykę.
Jesteś lekiem na całe zło
Poważnych kandydatów na pandemiczne panaceum pojawiło się kilku. Początkowo największe nadzieje wzbudziła chlorochina – lek używany od lat w leczeniu malarii, reumatoidalnego zapalenia stawów czy tocznia. Jest tani i nie powoduje poważnych skutków ubocznych. Głośno zrobiło się o nim za sprawą prezydenta USA Donalda Trumpa i przywódcy Brazylii Jaira Bolsonaro, którzy publicznie przekonywali o skuteczności preparatu. W Polsce chlorochina ostatecznie zeszła z boiska po cichu pod koniec października. Firma, która wytwarza ten lek w naszym kraju, poprosiła Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych o usunięcie wskazania terapeutycznego dla produktu arechin: „leczenie wspomagające w zakażeniach koronawirusami typu beta, takimi jak SARS-CoV, MERS-CoV i SARS-CoV-2 w warunkach szpitalnych”. Choć Europejska Agencja Leków (European Medicines Agency – EMA) nadal twierdzi, że środek może pomagać w leczeniu, to zniknął on na dobre z rekomendacji, które co jakiś czas publikuje Polskie Towarzystwo Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych. Uznano, że nie wykazuje skuteczności.