- Pojawia się wiele sprzecznych danych co powoduje głęboką niepewność i strach przed niewiadomym – podkreśla Bisaga.

Reklama

W oparciu o przeszłość zauważa, że tego rodzaju epidemie nie prowadzą do natychmiastowego występowania chorób psychicznych. Staje się to często dopiero po tygodniach i miesiącach.

- Żeby przewidzieć co nastąpi teraz odwołujemy się do doświadczeń roku 2003. W rezultacie pierwszego koronawirusa – SARS odnotowano 30 proc. wzrost samobójstw osób starszych, w wieku 65 lat i powyżej. 50 proc. z tych, które wyzdrowiały miało przewlekle zaburzenia, a 30 proc. pracowników służby zdrowia zaburzenia psychologiczne – wylicza zastrzegając, że zasięg SARS był dużo mniejszy. Profesor przypomina, że zachorowało wówczas ok. 8 tys. osób, a 10 proc. z nich zmarło. Nie wiadomo w jaki sposób wirus się zmutował i przestał być groźny.

- Teraz musimy pilnie monitorować co się dzieje, opracować system umożliwiający szybkie zbieranie informacji ułatwiających prewencję i wczesną interwencję. Trzeba planować jak sobie radzić konsekwencjami SARS-Cov-2. Dobrze jednak wiadomo, że po takich wydarzeniach więcej jest zaburzeń lękowych, depresji, zespołu stresu pourazowego (PTSD), agresji, samookaleczania, nadużywania alkoholu i używek, a także myśli i zachowań samobójczych – ocenia Bisaga.

Profesor, który jest lekarzem Presbyterian Hospital i Instytutu Psychiatrii na Manhattanie zwróca uwagę, że osoby zakażone Covid-19 mają nie tylko problemy z oddychaniem; wirus atakuje też ich układ nerwowy. Pojawiają się objawy neurologiczne jak zawroty i bóle głowy, niedowłady mięśniowe, utrata węchu smaku oraz udary mózgu.

- W przypadku Covid-19 nie tylko przewlekły stres i obawa o własne zdrowie może wywołać zaburzenia psychiczne. Wirus może mieć bezpośrednio wpływ na mózg powodując zaburzenia psychiatryczne. Zaczyna się to badać – podkreśla lekarz.

Narażony na wielkie ryzyko i związany z tym przewlekły stres jest - według profesora - zwłaszcza personel służby zdrowia z pierwszej linii frontu walki z Covid-19. W Nowym Jorku na początku epidemii lekarze i pielęgniarki mieli mały dostęp do osobistych środków ochronnych.

- Ludziom się wydaje, że jest to tylko jakby grypa. Musimy być świadomi, że sam fakt zarażenia SARS-CoV-2 może mieć wpływ na funkcjonowanie układu nerwowego długi czas po wyzdrowieniu – ostrzega dr Bisaga, który jest absolwentem Akademii Medycznej im. Mikołaja Kopernika w Krakowie.

Wspomina o głośnym przypadku samobójstwa lekarki, która była szefem izby przyjęć w Allen Pavilion, części Presbyterian Hospital. Pracowała na pierwszej linii frontu świadoma, że nie jest w stanie pomóc wielu pacjentom i ochronić pracowników przed zakażeniami. Zachorowała, a po wyzdrowieniu, wróciła do pracy. Ponieważ wciąż się źle czuła wzięła urlop, pojechała do rodziny w Virginii, gdzie po krótkim leczeniu szpitalnym wróciła do domu i zginęła z własnej ręki, najprawdopodobniej z powodu ciężkiej depresji.

- Samobójstwo mogło być nie tylko efektem kumulacyjnego stresu w pracy i zmęczenia ciężką pracą, ale też dlatego, bo wirus może wpływać na nastrój niektórych ludzi poprzez infekcję systemu nerwowego – wyjaśnia lekarz.

Do zagrożonych zalicza dzieci, które nie chodzą do szkoły, gdzie mają często jedyny dostęp do opieki medycznej, psychologicznej oraz osoby starsze nie zawsze radzące sobie z izolacją. Mają o wiele mniej niż młodzi kontaktów społecznych i większą tendencję do depresji. - Osoby z chorobami psychicznymi są grupą wysokiego ryzyka. Proaktywne monitorowanie ich i próba budowania systemów wsparcia są niezbędne – przekonuje.

W nawiązaniu do leczenia w dobie pandemii zapewnia, że większość psychiatrów przestawiła się łatwo na telepsychiatrię. - Porozumiewamy się z pacjentami przez telefon lub wideokonferencję. Monitorujemy zmiany w ich objawach oraz samopoczucie. Stosujemy leczenie psychoterapeutyczne uświadamiając pacjentom, co się z nimi dzieje i staramy się im pomóc rozwinąć umiejętności radzenia sobie z tą sytuacja. Leki też mogą być pomocne – tłumaczy zalecając m.in. przestrzeganie higieny życia psychicznego, ćwiczeń fizycznych i utrzymywania kontaktów z bliskimi.

- Dla osób, które mają stany lękowe i wyolbrzymiają to, co się dzieje media są pomocne, ale tylko do pewnego stopnia. Wystawienie na to cały dzień, rodzi poczucie bezradności i lęku. Trzeba im pomóc znaleźć równowagę między dostępem do wiadomości, bez zalania nimi – zwraca uwagę naukowiec.

Mówi, że spędzanie w okresie pandemii więcej czasu z rodziną ma plusy i minusy. Obecność z bliskimi może być pomocna, ale i destrukcyjna. - Jeśli wszystko się dobrze układa, jest to pozytywne, bo ludzie więcej czasu spędzają razem, są z dziećmi, mogą robić ciekawe rzeczy, na co zwykle mają mało czasu. Kiedy nie ma dobrych relacji w domu, rodzi to wpływ negatywny. Obserwuje się wzrost przemocy domowej i rozpad związków - zauważa.

Według psychiatry na obecnym etapie epidemii pojawia się wiele obaw i prób zrozumienia nowej rzeczywistości. Później może przyjść np. ciężka depresja, ciężkie zaburzenia lękowe i samobójstwa.

Reklama

- W czasie stresu i izolacji częściej się sięga po alkohol, używki, co może prowadzić do pogorszenia zdrowia a nawet śmierci. Trzeba pacjentom pomóc zrozumieć, że używki na krótką metę mogą działać pozytywnie w próbach radzenia sobie ze stresem, ale na dalszą mają głównie wpływ negatywny – konkluduje prof. Bisaga.