Od początku roku z powodu grypy w Polsce zmarło 10 osób. A najgorsze – jeśli wierzyć lekarzom – dopiero przed nami. Sytuację mocno komplikuje to, że jej początkowe objawy są niemal identyczne jak w przypadku wirusa z Wuhan. W efekcie daje się odczuć większy niepokój niż w poprzednich sezonach grypowych.

Reklama

Coraz trudniej dostać się do lekarza, w przychodniach zaczyna brakować testów do diagnozy, niektóre leki znikają z półek szybciej niż kiedykolwiek, a maseczki higieniczne podrożały kilkukrotnie (część aptek już w ogóle ich nie sprzedaje).

Lekarze nie mają złudzeń i zgodnie mówią: „Grypa się rozkręca”. A fakt, że na początkowym etapie nie da się jej odróżnić od koronawirusa, może wywołać prawdziwą panikę. – Już teraz otrzymujemy dużo telefonów od chorych, którzy pytają, jak mają interpretować różne objawy – przyznaje prof. Grażyna Cholewińska-Szymańska, mazowiecka konsultant ds. chorób zakaźnych.

I tłumaczy, że jeżeli ktoś nie był w ostatnim czasie w Azji oraz nie miał kontaktu z kimś, kto miał możliwość spotkać chorego z 2019-nCov, to wyklucza się możliwość zakażenia. Niemniej zdaniem samych lekarzy najprawdopodobniej nie uda się nam uniknąć przypadków choroby szalejącej w Chinach.

Główny Inspektorat Sanitarny podaje, że w ostatnim tygodniu stycznia na grypę zachorowało w Polsce 204 tys. osób. I ostrzega, że za chwilę możemy mieć nawet 300 tys. nowych chorych tygodniowo. Zdaniem ekspertów w tym sezonie wirus zbierze większe żniwo niż przed rokiem, gdy wskutek powikłań po nim zmarło 150 osób – najwięcej od pięciu lat.

Grozi nam epidemia, ale wolimy się leczyć niż szczepić

Eksperci ostrzegają – większym problemem niż wirus z Chin może się okazać nadchodzący szczyt zachorowań na grypę. Od początku roku z jej powodu zmarło już 10 osób.

Lekarzy niepokoi możliwy zbieg czasowy pojawienia się w Polsce wirusa z Wuhan i piku grypowego. Powód? Objawy są podobne, a to oznacza tłok w szpitalach i przychodniach. A także nasiloną histerię.

Z danych PZH Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego wynika, że w ostatnim tygodniu stycznia na grypę zachorowało ponad 204 tys. osób. Dla porównania, tydzień wcześniej było to 127 tys., a w pierwszym tygodniu nowego roku 89 tys. W lutym może być ich jeszcze więcej.

Niepokojące według ekspertów jest to, że choroba się rozszalała u naszych sąsiadów. W Czechach i na Ukrainie ogłoszono już epidemię. Do Polski wciąż napływają obywatele z Ukrainy do pracy. Z kolei Czechy to coraz popularniejsze miejsce dla polskich narciarzy, a w okresie ferii ryzyko przywleczenia choroby do naszego kraju rośnie. Pod koniec stycznia Eva Gottvaldova, szefowa głównego inspektoratu sanitarnego u naszych południowych sąsiadów, przyznała, że grypa zagraża Czechom bardziej niż koronawirus. 12 osób z jej powodu zmarło, 57 jest w stanie krytycznym, a w ciągu tygodnia zachorowalność wzrosła o 30 proc.

Z kolei bezpośrednią przyczyną ogłoszenia epidemii na Ukrainie był znaczny wzrost zachorowań w obwodzie dniepropietrowskim – w ciągu tygodnia odsetek chorych zwiększył się o 44 proc. Do lekarzy zwróciło się ponad 26,5 tys. mieszkańców obwodu, a prawie 99 tys. uczniów z regionu skierowano na kwarantannę. W obwodzie zakarpackim zamknięto szkoły w związku z ogłoszeniem dwutygodniowej kwarantanny.

Według Jana Bondara, rzecznika Głównego Inspektora Sanitarnego, już widać pierwsze oznaki napływu choroby do Polski. Choć w styczniu było mniej przypadków niż w analogicznym okresie rok temu, to w lutym może być ich o wiele więcej. Wciąż bowiem mało osób szczepi się przeciwko grypie – w ostatnim sezonie epidemicznym było to tylko 3,9 proc. populacji. Najwyższy stan zaszczepienia odnotowano w grupie osób w wieku powyżej 65 lat – 14,2 proc., co jest związane z darmowymi zabiegami organizowanymi przez samorządy.

O tym, że sezon grypowy się rozkręca, świadczy też rosnące zainteresowanie lekami pomagającymi zwalczyć tę chorobę. Mowa o Tamiflu, Ebilfumin, Tamivil, które zawierają oseltamiwir – związek działający wybiórczo na wirusa grypy. Jak wynika z badania zrobionego dla DGP przez portal Gdziepolek.pl, wyszukiwania pacjentów dla wszystkich tych trzech leków wzrosły około siedmiokrotnie od połowy stycznia.

Reklama

Olga Sierpniowska, magister farmacji z GdziePoLek, przypomina, że nie jest za późno, aby zaszczepić się na grypę. Jak jednak wynika z naszych rozmów z przychodniami, nie odnotowują one wzrostu liczby zaintereswanych tym pacjentów.

Pik zachorowań na grypę może zbiec się w czasie z pojawieniem się w Polsce pierwszego przypadku koronawirusa, co zdaniem ekspertów wreszcie nastąpi. A wówczas ośrodki zdrowia i szpitale mogą przeżywać oblężenie. – Obawiamy się, że będą się do nas zgłaszać osoby z wysoką gorączką, podejrzewając, że mają koronawirusa, bo były na konferencji czy w centrum handlowym, gdzie było wielu obcokrajowców. Nie bardzo wiemy, jak mamy się na to przygotować – mówi pracownik jednej z warszawskich przychodni.

Zbieg obu chorób sprawi, że pacjenci potraktują zmiany przeziębieniowe poważniej niż w poprzednich latach. Przychodnie przyznają, że już teraz widać coraz więcej chorych na korytarzach. I wszyscy chcą diagnozy. Również lekarze są bardziej wyczuleni. W niektórych placówkach zabrakło już testów paskowych do szybkiego diagnozowania grypy. Dzięki nim w ciągu kilku minut wiadomo, jakie jest rozpoznanie. To z kolei pozwala na prawidłowe określenie leczenia i daje możliwość uniknięcia stosowania antybiotyków wtedy, kiedy nie są one konieczne.

Przez wiele tygodni testy były i mało kto z nich korzystał. Teraz skończyły się ciągu kilku dni. Spodziewamy się napływu chorych, dlatego planujemy zamówić testy z zapasem – mówi pracownik przychodni na warszawskiej Pradze.

Jest jeszcze jeden rodzaj produktu, który błyskawicznie znika z półek aptek. To maseczki higieniczne, których już praktycznie nie ma. Po pierwszych doniesieniach o koronawirusie w Europie Polacy zaledwie w kilka dni wykupili niemal cały zapas w sklepach internetowych i aptekach. Na drzwiach wielu warszawskich placówek można dziś zobaczyć kartę z napisem „Proszę nie pytać o maseczki, nie ma ich w sprzedaży”. – Maseczki wyprzedały się u nas w ciągu jednego dnia. Próbujemy je zamówić, ale bezskutecznie – mówi pracownik jednej z sieciowych aptek, która ma swoje placówki w centrach handlowych. Z danych portalu Gdziepolek.pl wynika, że co najmniej jedno opakowanie ma nieco ponad 10 proc. aptek. W styczniu było to około 30 proc. To automatycznie przełożyło się na ceny. Dziś jedna maska kosztuje około 13 zł, podczas gdy w styczniu było to około 5–6 zł.

Mamy kłopot nawet jako szpitale. Nie mamy pewności, czy uda się zabezpieczyć pełne wyposażenie w kombinezony i maseczki dla personelu. Nie mówiąc o tym, że ceny wzrosły o ponad sto procent – mówi dyrektor jednego ze szpitali zakaźnych.

Objawy grypy i choroby wywołanej koronawirusem są trudne do odróżnienia. – Obecnie wyróżnikiem jest pobyt w Azji lub kontakt z osobą, która miała kontakt z chorym – mówi Marek Posobkiewicz, Inspektor Sanitarny MSWiA. Jednak kiedy w kraju pojawią się pierwsze przypadki wirusa z Chin, rozpoznanie trzeba będzie oprzeć na badaniach diagnostycznych. Może zabraknąć testów czy miejsca w laboratoriach.

Dlaczego to ważne, żeby wiedzieć, na co konkretnie pacjent choruje? Grypę można leczyć, a w przypadku koronawirusa należy – ze względu na bardzo dużą zakaźność – zastosować rygorystyczną kwarantannę (izolację).