Pacjenci odwiedzający Pani gabinet kwestionują konieczność używania filtrów przeciwsłonecznych? Obserwuje Pani rozwój nowego niebezpiecznego trendu?

Dr n. med. Małgorzaty Marcinkiewicz: Na szczęście, w swoim gabinecie nie spotkałam się z taką postawą. Faktycznie, część pacjentów przyznaje, że zdarza im się zapomnieć o posmarowaniu skóry kremem z filtrami przeciwsłonecznymi. Większość jednak twierdzi, że stosuje taką ochronę. Inną kwestią jest sposób aplikacji, który w przypadku zdecydowanej większości pacjentów jest niewystarczający.

A jaki powinien być?

Zgodnie z zaleceniami Polskich i Światowych Towarzystw Dermatologicznych wskazana jest prawidłowa aplikacja preparatów ochronnych o wysokim SPF - 20 minut przed wyjściem na słońce, dosmarowanie po dwóch godzinach, po każdym spoceniu się, kąpieli czy wytarciu ręcznikiem. Poza tym liczy się unikanie ekspozycji na słońce w newralgicznych godzinach, czyli między 10 a 15, a obecnie z uwagi na falę upałów i o 16. Warto nosić okulary przeciwsłoneczne, kapelusz o dużym rondzie. Proszę pamiętać, że osoby starsze i dzieci do 6. miesiąca życia nie powinny być w ogóle eksponowane na promienie słoneczne.

Antyfiltrowcy mówią, że nie ma wiarygodnych danych potwierdzających antynowotworowe działanie kremów z filtrami UV, że wszystko to wymysły firm kosmetycznych, które na tym zarabiają. Jak jest naprawdę?

Badania naukowe jasno wskazały na związek między promieniowaniem UV a skórną kancerogenezą, czyli tworzeniem się nowotworów. Wiemy o tym, że zarówno stany przedrakowe, jak rogowacenie słoneczne, jak i nowotwory skóry, z tym najgroźniejszym – czerniakiem , powstają pod wpływem przewlekłej ekspozycji na promienie słoneczne, ale i promieniowanie pochodzące ze sztucznych źródeł, np. łóżka opalającego. Czynnikiem ryzyka są także oparzenia słoneczne, jakie przeszliśmy w dzieciństwie.

Słyszymy od antyfiltrowców: „Kiedyś nie było kremów na słońce i raka nie było”...

Kremy przeciwsłoneczne nie są nowym pomysłem na rynku. Już w starożytności stosowano filtry przeciwsłoneczne. Wiele wyciągów z roślin ma także właściwości fotoprotekcyjne, słabe, ale mają.

To jeszcze słyszymy: „Przesada z tym rakiem! Kremy nie mają tu nic do rzeczy”.

Niestety, statystyki dotyczące zachorowań na raka skóry pogorszyły się w ostatnich latach. Na przestrzeni 30 lat zachorowalność na czerniaka wzrosła, i to prawie trzykrotnie. Przyczynę upatruje się w zmianie naszych zachowań kulturowych. Zakładamy coraz to bardziej skąpe bikini. Publikowane dane są konsekwencją rewolucji kulturowej, która dzieje się od lat 70. i 80. XX wieku. Odsłoniliśmy więcej ciała, a nie stosowaliśmy odpowiedniej ochrony. Czy Pani pamięta kremy z filtrem SPF 4? Ja tak! Wskaźnik SPF dotyczy jedynie ochrony przed UVB. O zgubnym działaniu UVA naukowcy alarmowali od lat 80. Jednakże awobenzon – znany wówczas filtr przeciw UVA - nie był stabilny. Kolejne lata przynosiły nam coraz większą świadomość. De facto blokery, czyli kremy SPF 50+, stały się modne w ostatnich latach i to dzięki mozolnemu uświadamianiu pacjentów o wpływie promieni słonecznych na naszą skórę.

Ekspozycja na słońce przyczynia się także do fotostarzenia, czyli procesu przedwczesnego starzenia skóry, w tym zmarszczek. Jeśli komuś zmarszczki niestraszne, proszę pomyśleć o tym, że skóra zniszczona słońcem ma gorsze mechanizmy obronne, m.in. goi się trudniej i dłużej, a to skóra jest barierą ochronną dla naszego ciała!

No tak, ale antyfiltrowcy mówią, że kremy nie tylko nie działają, ale i szkodzą, zwłaszcza dzieciom, które mogą np. „połykać krem”, przenosząc go na skórze dłoni do ust. Co Pani o tym sądzi?

Kazuistycznie wyobrażam sobie, że dziecko jakąś śladową ilość kremu mogłoby połknąć. Większe wątpliwości miałabym do połykanej pasty do zębów, którą dzieci nagminnie zjadają niż do potencjalnej sytuacji, w której krem przeciwsłoneczny ze skóry, w którą go wklepaliśmy, miałby się dostać do buzi. Poza tym domyślam się, że nie jest smaczny i skończyłoby się intensywnym pluciem.

Podobno, cytując antyfiltrowców, skuteczną metodą ochrony przeciwsłonecznej jest odpowiednia dieta bogata w beta karoten.

O beta-karotenie, czyli prowitaminie A, mówi się, że jest naturalnym fotoprotektorem. Jednakże badanie Stahl z 2012 roku wskazuje na znacznie słabsze działanie przeciwsłoneczne spożywanego beta-karotenu w porównaniu do filtrów fotoochronnych.

Faktem jest, że zróżnicowana dieta zawierająca antyoksydanty, a takim właśnie jest beta-karoten, wzmaga mechanizmy ochronne skóry. Jeśli uzna Pani, że miałaby ochotę zwiększyć liczbę wspomnianych marchewek (przez kilka dni), musi się Pani liczyć z efektem zażółcenia, tudzież pomarańczowej skóry – co nazywamy karotenemią.

To jeszcze jeden, koronny argument anyfiltrowców: Od lekarzy słyszymy, że potrzebujemy witaminy D, a ją dostarczamy organizmowi dzięki ekspozycji na słońce. Dlaczego więc mamy się chronić przed słońcem i stosować kremy z filtrami?

W warunkach polskich witaminę D, chcąc, nie chcąc, musimy suplementować od jesieni do wiosny. W słoneczne dni nasza skóra świetnie ją produkuje właśnie pod wpływem promieniowania UV. To jest ten pozytywny wpływ słońca na nasze ciało. Są badania, które wskazują, że prawidłowe stosowanie blokerów może wpłynąć na niższe stężenia witaminy D. Jednakże wrócę do wspomnianej wcześniej aplikacji. Niestety, aplikujemy około czterokrotnie mniejsze ilości preparatu ochronnego niż jest to nam sugerowane – tu też badania przyniosły nam te dane. To powoduje, że krem nie chroni nas tak, jak zakładamy. Do tego się pocimy, kąpiemy, wycieramy w ręcznik, gdy na nim leżymy i ścieramy krem z siebie. Zapominamy się też dosmarować po dwóch godzinach od pierwszej aplikacji. Stosujemy też krem zwykle dopiero, gdy już rozłożymy się na ręczniku w upatrzonym miejscu na plaży czy nad basenem, po 15-minutowym poszukiwaniu właśnie tego idealnego punktu – a krem należy aplikować 20 minut przed wyjściem na zewnątrz. Zatem, proszę się w lecie nie martwić o produkcję witaminy D. Skóra sobie poradzi przy naszej nonszalancji w aplikowaniu filtrów przeciwsłonecznych.