"Szlachetne zdrowie,/ nikt się nie dowie,/ jako smakujesz,/ aż się zepsujesz” – pisał Jan Kochanowski na długo zanim wymyślono państwową służbę zdrowia. Ale zdrowie, oprócz smaku, ma także - co poeta mógł naturalnie pominąć, a co dla nas, podatników, jest aż nazbyt oczywiste – swoje koszty. I to nie tylko wówczas, gdy nas zawodzi. Za zdrowie płacimy nawet, gdy nam dopisuje. Ba, płacić za nie muszą nawet szczęśliwcy, którzy w interakcję z lekarzem wchodzą w życiu dwukrotnie: przy narodzinach i - średnio 77 lat później - gdy trzeba wystawić ich akt zgonu.

Reklama

Taki mamy system i nikt by na to nie narzekał, gdyby ów działał bez zarzutu. A nie działa. W opublikowanej z końcem stycznia kolejnej edycji raportu Euro Health Consumer Index, który ocenia jakość systemów zdrowotnych w 35 europejskich krajach, Polska sklasyfikowana została na miejscu piątym. Od końca.

O tym jednak, że polska służba zdrowia nie działa, jak powinna, pisano już setki razy i na niewiele się to zdało. Nie traćmy na to e-atramentu. Zwróćmy uwagę na coś, o czym nie mówi się często - na pewien efekt, który powstaje w wyniku połączenia naszego systemu opieki zdrowotnej ze zmianami demograficznymi. Polega on na produkcji przymusowych altruistów. Co to znaczy?

12 milionów dobroczyńców

Wszyscy pamiętamy z lekcji historii słynną karykaturę z czasów rewolucji francuskiej przedstawiającą starszego mężczyznę dźwigającego na plecach księdza i szlachcica. Mężczyzna symbolizował, składający się z chłopstwa i mieszczaństwa stan trzeci, który pod systemowym przymusem utrzymywał stany wyższe. Gdyby analogiczny obrazek wyrysować współczesnemu polskiemu społeczeństwu w kontekście ponoszenia kosztów zdrowotnych, na barkach mężczyzny rozsiedliby się wygodnie dziecko i emeryt. Mężczyzna symbolizowałby osoby aktywne zawodowo, a dziecko i emeryt – osoby w wieku przed- i poprodukcyjnym oraz osoby niepracujące.

Bo to właśnie osoby aktywne zawodowo, a więc wypracowujące dochód narodowy, utrzymują służbę zdrowia. Dziwnie się jakoś składa, że w rozmaitych raportach i statystykach na to bardzo konsekwentnie nie zwraca się uwagi. Dotyczy to nie tylko dokumentów polskich - zagranicznych także. Owszem, wydatki na zdrowie odnoszone są do PKB czy ogółów wydatków budżetu, dzielone na liczbę mieszkańców, kategoryzowane wedle rodzaju, celu i sektora, ale nie zestawia się ich z liczbą tych, którzy realnie je ponoszą. Tak, jakby to nie miało żadnego znaczenia.

Niestety, to strategia bardzo niebezpieczna, bo zwodnicza. Może ona np. skłonić do wiary, że wydatki na służbę zdrowia są w Polsce niskie. Na przykład w raporcie OECD Health at a Glance 2016 czytamy, że europejska średnia wydatków na zdrowie to 9,9 proc. PKB. W Polsce to 6,3 proc. PKB, a więc mniej nie tylko w porównaniu do Niemiec czy Szwecji (11 proc.), lecz nawet do Węgier (7 proc.) czy Czech (7,5 proc.). Bazując na tych wyliczeniach, ktoś mógłby nieopatrznie dojść do wniosku, że może i mamy mizerną służbę zdrowia, ale przynajmniej za nią nie przepłacamy, albo - co gorsza - stwierdzić, że na zdrowie trzeba wydawać jeszcze więcej. Bo skoro inni wydają...