Wszystkie praktyki mają być jawne. Przedstawiciele branży farmaceutycznej zapewniają, że od 2016 roku pacjenci będą mogli sprawdzać, z jakimi firmami farmaceutycznymi i w jakim zakresie współpracuje lekarz. Obowiązek jawności wprowadza europejska organizacja zrzeszająca firmy tej branży. W polskim oddziale są zrzeszone 32 międzynarodowe przedsiębiorstwa. Zgodnie z zarządzeniem wszystkie płatności sponsorowane za wykłady, udział w konferencjach, honoraria za szkolenia czy usługi doradcze mają być ujawniane imiennie.

DGP rozmawiał z przedstawicielami środowiska lekarskiego. Pytaliśmy, jak wygląda współczesne korumpowanie. Nasi rozmówcy zastrzegli sobie anonimowość. Ich odpowiedzi dalekie są od wyidealizowanej wizji przedstawianej przez Naczelną Izbę Lekarską i firmy farmaceutyczne.

– Kiedy potrzebuję wyjechać na kongres, zwracam się do firmy, z którą mam dobre kontakty, by opłaciła uczestnictwo – przyznaje jeden ze specjalistów pracujących w dużej klinice w stolicy. Aby uniknąć wątpliwości prawnych, firma niby płaci mu za szkolenie. – Wysyłam im materiał szkoleniowy, choć w praktyce do niczego konkretnego nie dochodzi. Otrzymuję za to pieniądze i z tego potem się rozliczam w PIT – opowiada lekarz. Może sobie na to pozwolić, bo docenia leki firmy, z którą jest w takich układach.

Jedną z popularniejszych metod są tzw. programy obserwacyjne czy też ankietowe. Nazwy tego są różne, ale mechanizm taki sam: lekarze dostają od przedstawiciela medycznego ankiety, w których mają zaznaczać jak pacjenci reagują na dany lek. Za każdą ankietę otrzymują kilkadziesiąt złotych. – Wypełnia się anonimowo informacje dotyczące wieku, schorzenia i wpisuje własne obserwacje, można więc wypełnić 20 od ręki i zarobić 1 tys. zł – mówi jeden z lekarzy. Układ jest jasny: firma nie korzysta z wyników ankiety, lecz chce, by lekarz sprzedawał konkretny lek. – Ja tego nie robię, bo to korupcja, ale koledzy w szpitalu mają po kilka „badań”. Nikt się tym nie chwali, ale i nie wstydzi ani nie uważa za naganne – dodaje. Przedstawiciele medyczni opłacają też pracowników aptek, by mieć dostęp do recept i sprawdzić, którzy lekarze faktycznie z nimi współpracują. – Każdy wie, że badania ankietowo-obserwacyjne są fikcją. Wiele osób się jednak na to godzi – opowiada warszawski psychiatra.

Podobną sprawą zajęła się prokuratura. Było podejrzenie, że lekarze przyjmowali ukryte formy łapówki od przedstawicieli koncernu. Jeden z pracowników GlaxoSmithKline w Łodzi powiadomił centralę, że to może zagrozić bezpieczeństwu pacjentów. Zeznał, że kazano im aktywizować lekarzy specjalistów, by wypisywali więcej recept na konkretne preparaty. Lekarze otrzymywali wynagrodzenie za umowy na „szkolenie pacjentów” i innych lekarzy z zasad przyjmowania takiego leku. Dostawali za to 500 zł brutto.

Koncerny szkolą już studentów medycyny. Wtedy nie promują konkretnych leków, ale sposób myślenia – irytuje się psychiatra. Np. o schizofrenii mówią, że jest to choroba nieuleczalna, jak cukrzyca – można z nią żyć, ale należy na całe życie ustawić leczenie. – Tymczasem schizofrenię da się wyleczyć w jednej trzeciej przypadków, głównie działa terapia, a nie leki – dodaje.

Kolejną sferą, w której może dochodzić do nieprawidłowości, są badania kliniczne. – Lekarz prowadzący kilka takich badań może zarobić kilkadziesiąt tysięcy. Czasem cały oddział jest ustawiony pod to, by przyjmować pacjentów do badań klinicznych, innych się nie traktuje poważnie – mówi jedna z lekarek. Jeden z kardiologów przekonuje, że jest duża konkurencja między lekarzami, kto taką pracę otrzyma.

Zwolennicy bliskich relacji środowiska lekarskiego z przemysłem farmaceutycznym przedstawiają swoje kontrargumenty.

Kontakt z firmami jest potrzebny. Bez badań klinicznych nie powstawałyby nowe leki – mówi Paweł Sztwiertnia, dyrektor Infarmy zrzeszającej firmy innowacyjne. Romuald Krajewski, wiceprezes NIL, podkreśla, że działania nieetyczne na pewno się zdarzają, ale nie dotyczą większości. Samo ministerstwo chce wprowadzić zmiany – jak na razie dla konsultantów krajowych oraz wojewódzkich. Mieliby oni upubliczniać m.in. kongresy za pieniądze firmy farmaceutycznej, wykłady sponsorowane czy prowadzenie własnego gabinetu. Tak aby zarówno ministerstwo, jak i pacjenci mogli zdecydować, czy dany lekarz stoi w konflikcie interesów.

Przemysł farmaceutyczny werbuje – doświadczenia zagraniczne

W ubiegłym roku koncern Pfizer w wyniku ugody z Komisją Papierów Wartościowych i Giełd oraz Departamentem Sprawiedliwości zapłacił 60,2 mln dol. kary za praktyki korupcyjne w Europie Środkowej i Chinach. Między 2003 a 2004 r. Pfizer zorganizował 10 „weekendów edukacyjnych” w kurortach Austrii i Słowacji dla 920 czeskich lekarzy. Lekarze mieli także szansę zwiedzić Australię w trakcie wycieczki do fabryki koncernu w tym kraju. W Bułgarii przedstawiciele handlowi umawiali się z lekarzami na konkretne ilości leków, jakie mieli przepisać w zamian za udział w wycieczkach. W Chinach stworzono dla lekarzy coś na kształt programu lojalnościowego, w którym otrzymywali punkty w zamian za przepisywanie leków producenta. Między 1997 a 2003 r. jeden z lekarzy zatrudniony w chorwackich rządowych komisjach otrzymywał co miesiąc 1200 dol. na konto w austriackim banku. Ponadto kierujący szpitalami otrzymywali procent ze sprzedaży leków Pfizera przepisanych przez daną instytucję. Podobnie było w Rosji, gdzie szpitale otrzymywały 5 proc. wartości zamówionych przez siebie leków. Departament Sprawiedliwości znacznie gorzej potraktował koncern GlaxoSmithKline, który skazano w ubiegłym roku na 3 mld dol. kary. Koncern wysyłał psychiatrów ze Stanów na konferencje do pięciogwiazdkowych hoteli, gdzie otrzymywali po 2,5 tys. dol. za wystąpienie, oprócz tego nurkowali, grali w golfa i łowili ryby. Jeden lekarz, który przy okazji miał własną audycję radiową, otrzymał w sumie 275 tys. dol. za promowanie leków na antenie. Inny za reklamowanie leku na konferencjach zainkasował łącznie 1,5 mln dol. Na tego typu działania regionalni przedstawiciele firmy mieli do dyspozycji roczne budżety w wysokości 600 tys. dol. Niepokojąco prezentuje się też badanie opublikowane w 2007 r. na łamach „New England Journal of Medicine”. Wynika z niego, że 94 proc. lekarzy ma kontakty z przemysłem farmaceutycznym. W większości polegają one na fundowaniu posiłków lub próbek leków. Jednak 35 proc. otrzymało zwrot kosztów związanych z kontynuacją nauki, a 28 proc. otrzymywało wynagrodzenie za konsulting, wystąpienia lub rekrutowanie pacjentów do badań.