Klara Klinger: Z badań NIL wynika, że lekarze nie widzą konfliktu interesów w kontaktach z szeroko pojętym biznesem. Pani przebadała środowisko lekarskie i przemysłu farmaceutycznego. Jakie są wnioski?

Reklama

Paulina Polak*: W kontaktach między przemysłem farmaceutycznym a ochroną zdrowia jest wiele mechanizmów korupcyjnych, ale takich, które są patologiczne i równocześnie legalne. Nie dochodzi do „przekazywania koperty z pieniędzmi” pod stołem za np. przepisywanie leków danego koncernu. Pojawiły się nowe mechanizmy. Nazwałabym to legalizacją łapówek. Wszystkie pieniądze są zafakturowane, zapłacony jest od nich podatek. Kłopot w tym, że nadal jest to forma korupcyjna.

Na czym to polega?

Mechanizm jest taki, że firmie najczęściej chodzi o to, by jej lek się dobrze sprzedawał. Daje lekarzowi narzędzie w postaci jakiejś umowy, np. na przeprowadzenie pseudobadania. Polega to na tym, że lekarz wypełnia ankiety dotyczące tego, jak pacjenci reagują na konkretny lek. Dostaje za tę umowę 200, 500 zł, 1 tys. zł. I może mieć kilka takich „badań”. Innym sposobem jest prowadzenie szkoleń. I znowu niektóre mogą być sensowne, ale niektóre są jedynie podkładką za pobranie pieniędzy.

Jak przedstawiciele firm sprawdzają, czy dany lekarz rzeczywiście przepisuje dany lek?

Reklama

Z jednej strony mogą sprawdzać wysokość sprzedaży danego leku na danym obszarze. Takie informacje są dostępne i raportowane przez hurtownie. Wiedzą, z jakimi lekarzami w jakim rejonie są „dogadani” na jakie leki. Ale przedstawiciele medyczni przyznawali, że często mają własne, nieformalne umowy z aptekami. I niektórzy farmaceuci informowali ich o tym, czy dany lek się sprzedaje i w jakiej ilości, a także czy to właśnie dany lekarz go przepisuje. W zamian za to byli w jakiś sposób wynagradzani.

Reklama

Jak traktowany jest w środowisku lekarskim taki mechanizm?

Lekarze się tym nie chwalą. Ale też uważają, że przecież nic złego się nie dzieje, bo i tak np. wypisywaliby dany lek. Albo usprawiedliwiają się, że pacjent przecież może wykupić inny lek (zamiennik) w aptece.

Czy kryzys zmniejszył budżety koncernów na współpracę z lekarzami?

Czasy rozbuchanej korupcji na tym najniższym poziomie w relacjach z lekarzami minęły. Kiedyś lekarze przystawiali pieczątkę na recepcie, by leku nie wymieniać na inny. Pieczątki wręcz otrzymywali od firm. Wyjeżdżali na pseudokonferencje na Malediwy. Te czasy się skończyły. Z jednej strony jest większa świadomość. Z drugiej też nowe przepisy regulujące te kontakty. Ale też jest na pewno mniejszy budżet na docieranie do tych zwykłych lekarzy. Istotniejsi są specjaliści. Ci, którzy ustawiają leczenie u pacjentów przewlekle chorych. Taki pacjent zazwyczaj przyzwyczaja się do jednego leku i kupuje go cały czas. Ale obecnie dużo bardziej stawia się na współpracę z liderami opinii. Z tymi, którzy są autorytetami w danej dziedzinie. Na pewno wiąże się to z tytułem profesorskim, uznaniem, z pełnioną przez nich funkcją konsultanta krajowego lub wojewódzkiego, ordynatora czy też zajmowaniem innego stanowiska kierowniczego.

Na czym taka współpraca polega?

Tutaj jest to jeszcze mniej przejrzyste. Nie ma jasnego łańcuszka, że ktoś otrzymał wynagrodzenie za konkretne działanie. Sieć powiązań jest o wiele szersza. Z wywiadów, które prowadziłam w trakcie badań, wynikało, że zdarzają się nawet profesorowie, którzy są związani na stałe z jedną firmą. Są jej lojalni. Tylko ona sponsoruje takiej osobie wyjazdy na konferencje, dla niej prowadzi on badania kliniczne, ona sponsoruje mu publikacje książki etc. Trudno jednak wtedy mówić o zupełnej niezależności. Jednym z takich obszarów współpracy są badania kliniczne, które są w Polsce dość tanie, a zarazem poziom merytoryczny lekarzy jest wysoki, więc opłaca się je firmom robić.

To na czym polega problem? Bez badań klinicznych nie byłoby wprowadzanych nowych leków na rynek?

Wszystko zależy od etyki i sposobu ich prowadzenia. Prowadzący badanie jest finansowany za samo ich prowadzenie. Następnie np. umożliwia mu się publikacje wyników badania w dobrym czasopiśmie, a także zaprasza na konferencje – oczywiście odpłatnie (to może być kilka tysięcy za wykład) – z prezentacją wyników. Sęk w tym, że firmy nie zawsze chcą mówić całą prawdę o wynikach badań klinicznych nad danym lekiem. Opisywane były przypadki, kiedy pomijano jakieś efekty uboczne. Albo nie mówiono o tym, jaka jest naprawdę wartość dodana, czyli różnica w porównaniu z innymi istniejącymi już lekami. Trudno mówić na opłaconym przez firmę wykładzie źle o leku czy badaniach, które finansowała firma. Potem taki autorytet medyczny także opiniuje te leki, np. w przypadku refundacji.

Istnieje coś takiego jak deklaracja o konflikcie interesów, którą lekarze powinni składać, kiedy do czegoś takiego dochodzi?

Ponieważ jest duże przyzwolenie środowiska, nie zawsze tak się dzieje. Ale to prawda, że wchodzą nowe przepisy i jest na świecie tendencja, by wprowadzać coraz bardziej przejrzyste zasady. Także firmy farmaceutyczne bronią się przed złym PR-em. Tym bardziej że w ostatnich latach wybuchło wiele afer związanych z sektorem lekowym. Najjaskrawszym przykładem jest sytuacja, w której WHO zmieniła definicję pandemii (wykreślono wymóg dużej liczby ofiar), po czym niemal natychmiast ogłoszono pandemię świńskiej grypy. Wiele państw kupiło szczepionki za setki milionów dolarów, których w większości potem nie wykorzystano.

* Paulina Polak, autorka pracy doktorskiej o praktykach korupcyjnych na styku medycyny i biznesu, adiunkt na Uniwersytecie Jagiellońskim