Można je znaleźć na stronach dolnośląskiego, kujawsko-pomorskiego, mazowieckiego, pomorskiego i świętokrzyskiego oddziału NFZ. Podlaski oddział poszedł jeszcze dalej, ponieważ publikuje ranking lekarzy uszeregowanych według kwot refundacji. Pierwsze miejsce zajęła osoba, która przepisała recepty, za które NFZ musiał zapłacić 317 tys. zł. Eksperci przyznają, że takie informacje mogą być cenne dla lekarzy.

Reklama

"Jeśli ktoś podrobi receptę czy posłuży się skradzioną pieczątką, lekarz bardzo szybko wychwyci, że dzieje się coś niedobrego, ponieważ bez powodu wzrosła mu znacząco kwota refundacji" – podkreśla Jerzy Gryglewicz, ekspert ds. ochrony zdrowia.

Zdaniem ekspertów takie informacje nie powinny być jednak dostępne dla wszystkich. Innego zdania są urzędnicy NFZ. Uważają, że lekarze są funkcjonariuszami publicznymi, a refundacja dotyczy środków publicznych, więc informacja o niej powinna być jawna i transparentna. Nie zawiera ona nazwisk, a jedynie numery praw wykonywania zawodu lekarzy.

Samorząd lekarski uważa jednak, że dane powinny być dostępne tylko dla medyków. Lekarzy można łatwo na podstawie numeru prawa wykonywania zawodu zidentyfikować, korzystając z ogólnodostępnego ich rejestru, który prowadzi Naczelna Rada Lekarska. Informacje o osobach przepisujących najwięcej leków mogą więc dotrzeć do firm farmaceutycznych.

"NFZ zrobił im prezent, dając za darmo taką cenną informację" – uważa Maciej Hamankiewicz, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej.



Według lekarzy, z danych o refundacji mogą wyciągnąć błędne wnioski ich pacjenci.

"Każdy może sprawdzić, czy jego lekarz leczy drogo. Tyle, że ta informacja o niczym nie przesądza, bo mógł mieć dużo chorych wymagających drogiej terapii" – podkreśla Maciej Jędrzejowski z Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy. Dlatego medycy chą, by te informacje były na stronach NFZ kodowane.

Na prośbę „DGP” temu, kto ma rację – lekarze czy NFZ, przyjrzy się główny inspektor ochrony danych osobowych.