W woj. warmińsko-mazurskim gwałtownie wzrasta liczba zakażonych bakterią New Delhi – poinformował na konferencji dla dyrektorów szpitali szef wojewódzkiego sanepidu Janusz Dzisko. Podał, że w 2017 roku zanotowano w regionie dwa ogniska tej bakterii, w tym roku już cztery.

- Jedno z tych ognisk w jednym z dużych szpitali liczyło aż 89 przypadków. Bakteria była na wielu oddziałach, m.in. chirurgii, więc można zaryzykować stwierdzenie, że w tym szpitalu bakteria ta była niemal wszędzie – przyznał Dzisko i zaapelował do dyrektorów szpitali, by nie ukrywali notowanych w swoich placówkach przypadków New Delhi.

- Nie udawajcie państwo, że tego problemu nie ma, bo on jest. Szczerość w tej sprawie jest niezwykle ważna, bo mówimy o ludzkim życiu – podkreślał szef warmińsko-mazurskiego NFZ Andrzej Zakrzewski.

New Delhi to potoczna nazwa Klebsiella pneumoniae pałeczki zapalenia płuc, należącej do grupy bakterii jelitowych. Odpowiada za groźne dla życia zapalenie płuc, zapalenie układu moczowego, pokarmowego, opon mózgowo-rdzeniowych i wielu innych chorób. Zapalenia nią wywołane mogą prowadzić do sepsy. Jest oporna na działanie większości antybiotyków.

Podczas spotkania przyznano, że zdarzają się przypadki przekazywania sobie przez szpitale pacjentów z New Delhi bez braku odpowiedniej informacji. - Znamy przypadek, gdy placówka, która przekazała pacjenta z New Delhi innej placówce ani słowem się o tym nie zająknęła – podał Dzisko.

Obecna na spotkaniu dyrektor warszawskiego szpitala bielańskiego Dorota Gałczyńska-Zych podała, że w jej ocenie "taki pacjent powinien być na czerwono podświetlony we wszystkich bazach", a tak się obecnie nie dzieje. - Jako kierownicy lecznic podejmujemy oddolnie takie inicjatywy, a one powinny być podejmowane odgórnie. Dla dobra nas wszystkich – powiedziała PAP Gałczyńska-Zych, która w tym roku zanotowała w swoim szpitalu siedem ognisk tej bakterii. Gałczyńska-Zych wyliczyła, że leczenie jednego pacjenta z New Delhi kosztuje od 65 do 100 tys. zł.

Krajowy konsultant w dziedzinie mikrobiologii lekarskiej prof. Waleria Hryniewicz powiedziała, że lekceważenie problemu i ukrywanie go sprawiło, że de facto jeden chory pacjent spowodował, że New Delhi rozprzestrzeniła się na cały kraj, na co wskazują badania genetyczne. - Powinno to być dla nas powodem do strasznego wstydu – podkreśliła prof. Hryniewicz i dodała, że odpowiednia informacja o postępowaniu z zakażonym New Delhi winna iść nie tylko do placówek medycznych, lecz także do środowiska, w którym mieszka i funkcjonuje pacjent.

Pierwszy przypadek New Delhi w Polsce zanotowano w Warszawie w 2011 roku. Wkrótce potem duża liczba chorych pojawiła się w Poznaniu. W ocenie prof. Hryniewicz Poznań, wprowadzając wiele procedur (m.in. izolacja chorych), poradził sobie z New Delhi. Najwięcej przypadków tej bakterii notowanych jest na Mazowszu, Podlasiu oraz na Warmii i Mazurach.