"To ja rządzę na porodówce" czy "powiedziałam Marysi dosadnymi słowami na 'k', że albo dojdziemy do porozumienia i będzie mnie słuchała, albo ja wychodzę i mówię pa. Na decyzje dałam pół godziny. W końcu się zgodziła" - to niektóre z fragmentów wywiadu, który ukazał się niedawno na portalu Natemat.pl z położną z warszawskiego szpitala na Solcu. Dwa dni temu - wskazując m.in. na te słowa - Fundacja Rodzić po Ludzku wysłała protest do władz szpitala, a także zapowiedziała interwencję u rzecznika praw pacjenta.

Reklama

Nie wywiad, a luźna rozmowa

Tego samego dnia szpital zamieścił na swoim profilu na Facebooku komunikat, że wywiadu... nie było, zaś w internecie pojawił się zapis zasłyszanej rozmowy. - Położna była w pracy i opiekowała się pacjentką. Wzięła udział w "luźnej" rozmowie bez świadomości, iż jej dygresje zostaną wykorzystane w artykule - czytamy w opublikowanym stanowisku. Dodano w nim również, że materiał, który pojawił się w internecie, godzi w dobre imię Szpitala i położnej, która padła ofiarą braku profesjonalizmu dziennikarskiego. Materiał nie był autoryzowany!

W tym samym czasie na portalu Natemat przy wywiadzie zniknęło nazwisko położnej, a także zmieniono niektóre cytaty. Zniknął np. fragment o "słowach na k", a we fragmencie "czasami trzeba zamknąć drzwi, krzyknąć i powiedzieć dosadnie" zniknęło "zamykanie drzwi i krzyki".

- Dane zostały ukryte na prośbę rozmówczyni. Rozmowa została odebrana niewłaściwie, a jej intencje były jak najlepsze. Moja rozmówczyni jest wspaniałym specjalistą w swoim zawodzie. Przyjęła 3 pokolenia warszawiaków. Wracają do niej kobiety, które wcześniej przyjmowała. Wypowiadam się jako matka dwójki dzieci. Podczas rozmowy nic nie wzbudziło mojego niepokoju. Być może wersja pisana tej wypowiedzi, nie oddaje w pełni przyjaznej atmosfery i bardzo dobrych intencji samej rozmówczyni, przez to został niewłaściwie odebrany - wyjaśniła nam autorka rozmowy Kalina Chojnacka.

Roszczeniowe sieroty

W opublikowanym wywiadzie położna z 40–letnim doświadczeniem opowiada o swoich obserwacjach z porodówki. Jej zdaniem młode mamy i ich mężowie są roszczeniowi, zaś matki często przychodzą z przedziwnymi planami na przebieg porodu. Krytykuje również porody domowe. I postawę rozpieszczonych mężów - mówi o nich "takie sieroty".

Z drugiej strony dodaje: Już sama reakcja mężczyzn na nowo narodzonego potomka to chyba jedna z największych satysfakcji w moim zawodzie. Jak widzę faceta, obojętne czy duży, czy mały, czy byk potężny - łzy leją mu się ciurkiem, ręce się trzęsą, on trzyma nożyczki i przecina pępowinę. To jest coś pięknego. Tu się rodzi bardzo mocna więź między członkami rodziny. Przyznaje również, w przypadku trzech rodzin przyjmowała porody babci, córki i wnuczki. - Mamy dobre wspomnienia, więc te kobiety wracają - podkreśla.

Porodówka bez prawa?

- Jesteśmy zszokowane frywolnym tonem wywiadu - piszą na stronie Fundacji Rodzić po Ludzku jej przedstawicielki. I tłumaczą, że z rozmowy wybrzmiewa przyzwolenie na jawne i bezpardonowe opisywanie łamania praw pacjenta i praw człowieka na salach porodowych Szpitala na Solcu. - Przemoc podczas porodu, groźby, wyszydzanie, wyrzucanie osoby towarzyszącej za drzwi, niecenzuralne słowa, przedmiotowe traktowanie, brak godności - wyliczają zarzuty w komunikacie. Ich zdaniem sprawa niedotrzymania rzetelności dziennikarskiej powinna zostać wyjaśniona, jednak mimo zmian wprowadzonych przez redakcję uważają, że nadal wydźwięk rozmowy jest skandaliczny. Fundacja planuje uruchomić stronę, na której można złożyć podpis pod protestem przeciw brakowi poszanowania potrzeb rodzących.

Jednak sprawa podzieliła rodzące. Pod postem na profilu facebookowym Fundacji pojawiły się dziesiątki komentarzy o często skrajnym wydźwięku. - Mam nadzieję, że każda rodząca, która straci kontakt z rzeczywistością, zatraci się bólu i nie będzie w stanie urodzić żywego zdrowego dziecka, trafi na położną, która nie bojąc się waszego dziamgolenia, opierdoli ją porządnie, wstrząśnie i oprzytomni! A potem pomoże jej urodzić bezpiecznie (pisownia oryginalna) - pisze Joanna.

Wtóruje jej Iwona, opisując swoje wspomnienia: A ja rodziłam bez męża, bez znieczulenia na łóżku porodowym z fajnymi położnymi w czasach, gdy jeszcze niektórym aż tak nie odwaliło. Lata 89 i 95. Dość mam roztkliwiania się nad mamuśkami. ...mają przede wszystkim bezpiecznie urodzić a położne są po to by bezpiecznie te dzieci na świat sprowadzić.

Karolina odpowiada: gdyby baba mnie wyśmiała albo dawała do zrozumienia, że g*** mam do gadania, wolałabym chyba pojechać do domu i tam urodzić. Inna dodaje: Taka ze mnie widocznie "księżniczka", że żądam kulturalnego traktowania. Proszę nie mówić, że się nie da.

Podobnie uważa Malwina, wspominając, że ona sama rodziła bardzo długo. - I już się poddawałam błagając o cc (cesarskie cięcie – przy. red.) że nie mam siły po 2 dniach bólu. I jest zdecydowana różnica - położna darła się na mnie i klęła, to się zaparłam jeszcze mocniej w siebie i się zupełnie irracjonalnie jej przestraszyłam i nie miałam najmniejszego zamiaru współpracować (pisownia oryginalna) – pisze Malwina. I dodaje: Dzięki Bogu na sali była też dr stażystka, która weszła między mnie a położną i na spokojnie mi wytłumaczyła, że powinnam oddychać, zaczęła ćwiczyć ze mną, uspokajać, że tak jest lepiej dla dziecka jak się uspokoję i zrobię jak ona chce. I wtedy poród przebiegał już sprawnie.

Reklama

Również według Izabeli najważniejsze jest zaufanie i zrozumienie - jak wspomina, ja też odmówiłam współpracy z położną, która w nosie miała moje potrzeby i mi groziła i słuchałam wyłącznie lekarki, której ufałam, która była miła i kulturalna i zachęcała mnie słowami, że mi się uda. Od położnej słyszałam od kilku godzin, że tak to nie urodzę i żebym się nie darła (pisownia oryginalna) .

- Równo trzy tygodnie temu urodziłam w domu, z mężem i fantastyczną położną. Był taki moment, kiedy powiedziała do mnie "ty tu rządzisz" i poczułam wtedy w sobie ogromną siłę, że dam radę - podsumowuje Paulina.

A jakie są Wasze doświadczenia z porodówek? Kto, Waszym zdaniem, powinien tam rządzić? Czekamy na WASZE KOMENTARZE!