Wbrew opiniom z pierwszych tygodni po uderzeniu koronawirusa nic nie wskazuje na to, by pandemia rzeczywiście miała w jakikolwiek sposób zmienić świat. Trzęsie i zatrzęsie jeszcze bardziej gospodarką, może zwiększy przestrzeganie zasad higieny, ale nie zmieni ani sytuacji geopolitycznej, ani mentalności. To ostatnie już widać. Nadwiślańskie bulwary roją się od ludzi na leżakach – tylko alkoholu jakby mniej, bo policja pilnuje, choć niezbyt natrętnie. Znajomi znów podają sobie rękę i całują się na powitanie – jeszcze może nie powszechnie i nieco niepewnie, ale coraz częściej. W sklepach coraz mniej ludzi w maseczkach i to po obu stronach lady.

Reklama

Historia się powtarza. Od co najmniej stu lat żadna epidemia nie miała większego wpływu na kulturę i świadomość przeciętnego człowieka, choć były wśród nich tak katastrofalne jak słynna hiszpanka. O większości szybko zapomniano. Niektóre zresztą były w pewnych krajach starannie wyciszane przez władze – jak było choćby w Polsce w odniesieniu do szalejącej na przełomie lat 60. i 70. grypy Hongkong.

Powracający wróg

Choroba uderzyła w lipcu 1968 r. w Chinach. Kluczowe okazało się to, że błyskawicznie pojawiła się też w Wietnamie, akurat wtedy, gdy toczyła się tam wojna. Naturalną koleją rzeczy zawlekli ją do USA powracający do domu żołnierze.

W tym samym momencie, drogą przez Singapur, Indie i Filipiny, dotarła do Australii. W styczniu 1969 r. odnotowano ją w Turcji i na południu Europy.

CZYTAJ WIĘCEJ W WEEKENDOWYM MAGAZYNIE DGP