Magdalena Rigamonti: Wakacje to ulga, odpoczynek.
Reklama
Anna Morawska-Borowiec​​​​​​​: To też. Ale również ogromna fala depresji. I co gorsza, największy wzrost zachorowań jest jeszcze przed nami.
Kiedy nadejdzie?
Już się zaczął. W pandemii podwoiła się liczba zachorowań na depresję wśród Polaków. Stały za tym problemy emocjonalne i finansowe związane z tym, że ludzie tracili pracę, a także osobiste, bo wiele związków się rozpadło. Nie ma już chyba rodziny w Polsce, w której nie byłoby kogoś, kto boryka się z tą chorobą. Problem jest także to, że w wielu rodzinach wciąż się o tym nie mówi, że to ciągle temat tabu. Wiem, że są tacy, którzy wolą udawać, że depresji nie ma, a najlepszym wyjściem jest temat przemilczeć.
Co chwilę słychać o depresji, o samobójstwach, o kryzysie w psychiatrii dziecięcej.
Reklama
W dużych miastach już szukamy pomocy, chodzimy do psychologa, do psychiatry. Jednak w mniejszych miejscowościach, a już szczególnie na wsiach problem nieleczonej depresji i wynikających z niej prób samobójczych i samobójstw jest nadal ogromny. Statystyki pokazują, że życie odbierają sobie najczęściej młodzi mężczyźni z małych miejscowości i wsi, czyli tam, gdzie nie ma pomocy psychologicznej i psychiatrycznej. Niestety również dzieci i młodzież w sposób szczególny mierzą się z brakiem lub utrudnionym dostępem do specjalistów zdrowia psychicznego. W trosce o nich nasza Fundacja „Twarze depresji” od ponad roku realizuje program bezpłatnej, zdalnej pomocy.
W miastach gabinety i placówki są, ale czas oczekiwania na wizytę to nawet pół roku.
Naszą ideą jest to, żeby pomóc dzieciakom, które mierzą się z myślami samobójczymi i cierpią na depresję, doczekać do terapii, którą zaoferuje im państwo. Inaczej mogą nie dożyć. Przecież one mówią teraz: „Moje życie nie ma sensu, nie chcę dalej żyć”.
Zdaje pani sobie sprawę, że w dużych miastach, m.in. w Warszawie, prywatna 50-minutowa wizyta u psychiatry to koszt nawet 400 zł?
W Polsce mamy tylko 450 psychiatrów dzieci i młodzieży, czyli jesteśmy w ogonie Europy. Jeden specjalista przypada na 15 tys. dzieciaków. Również pod względem dostępu do psychiatrów dla osób dorosłych gorzej jest tylko w Bułgarii. Wiemy o 20 tys. dzieci chorych na depresję, choć w rzeczywistości jest ich o wiele więcej. Na mapie Polski mamy białe plamy, jeśli chodzi o pomoc psychologiczną i psychiatryczną. Znamy historie dzieci, które były wożone kilkaset kilometrów do szpitala psychiatrycznego, bo w bliższych nie było miejsc.