Lekarz zaznaczył, że obrazy rosyjskiego bestialstwa i zbrodni wojennych Kremla m.in. w Buczy oraz w innych miastach wokół Kijowa, są dowodem na zjawisko, które trudno wytłumaczyć. - Jestem psychiatrą od lat, ale jak się tej psychiatrii uczyłem, pewne jednostki chorobowe były raczej hipotetyczne - tłumaczył Koprowicz.

Reklama

- Ten świat, który zwariował, doprowadza jednak do sytuacji, że te jednostki chorobowe, które w psychiatrii były niszowe bądź hipotetyczne, w tej chwili są wręcz normą - ocenił. - Myślę tutaj o zaburzeniach adaptacyjnych, które nam towarzyszą w kontekście coraz trudniejszego życia, w obliczu dwóch lat pandemii, a od 24 lutego rosyjskiej inwazji na Ukrainę - zaznaczył.

- Nie rozpoznajemy jeszcze w Polsce zespołu stresu pourazowego, bo to musi być rzeczywiście traumatyczne doświadczenie, które zgłasza pacjent. To odczucie może dotyczyć na przykład ukraińskich uchodźców, którzy uciekając przed rosyjskimi zbrodniarzami mieli ciągle lęk, czy nie strzeli do nich snajper lub nie uderzy pocisk - tłumaczył psychiatra. Dodał, że musi w tym przypadku działać także tzw. czynnik czasowy. - Wywołuje on różne objawy, ale pozostaje odpowiednio długo. Jeżeli mija miesiąc, dwa i nadal pacjent jest w fatalnej kondycji psychicznej i fizycznej związanej z przeżyciami wojennymi, wówczas można dopiero mówić o podejrzeniu syndromu - wyjaśnił.

- Na razie jest po prostu za wcześnie, aby mówić o syndromie stresu pourazowego. Myślę, że - niestety - wkrótce rozpoznań tego schorzenia pojawi się więcej - powiedział Koprowicz.

Reklama

Lekarz zaznaczył, że są sytuacje, tak jak rosyjskie masakry ludności cywilnej, w których nawet psychiatra może postępować nieszablonowo. - Nie widzę powodu, dla którego nie miałbym wyrazić swojej złości po inwazji rosyjskiej na Ukrainę, bo wyrzucanie złości z powodu wojny pomaga, chociażby poprzez inwektywy pod adresem wroga - podkreślił. - Dlaczego mam nie mówić, że jestem wściekły na to, co rosyjscy mordercy wyprawiają na Ukrainie? - pytał Koprowicz.

- Nie akceptuję tych okropieństw, więcej, nie akceptuję postawy państw demokratycznych. Ja jestem zły na naszą demokrację za to, że w zetknięciu ze skrajnym złem nie potrafimy zareagować. My ciągle staramy się nadal używać języka dyplomacji wobec Putina nazywając go "panem prezydentem" - zwrócił uwagę psychiatra.

- Ciągle w skali globalnej nie mówi się o Putinie jak o mordercy. Ja na przykład nazywam Putina "czerwonym ścierwem". Wciąż jednak używa się wobec bandyty określeń okazujących mu szacunek - wskazał. - Powtarzam, wyrażanie gniewu poprzez inwektywy, także wobec Putina, może nam pomóc - ocenił Koprowicz. - Niektóre firmy prowadzące portale społecznościowe przymknęły oko na takie inwektywy wobec Putina i rosyjskiej armii uznając, że lepszy jest taki sposób wyrażania frustracji niż inna jej być może bardziej radykalna forma - mówił.

Lekarz przyznał, że powiedział niedawno publicznie, iż przywódca Rosji jest chory psychicznie. - Inni psychiatrzy mówili, że nie są w stanie stwierdzić choroby psychicznej u Putina, bo nie prowadzili badań, bo mają zbyt mało danych. Ja też mam mało danych, ale przecież nic się tutaj nie zgadza - przekonywał. - Można było nieraz odnieść wrażenie, że otoczenie boi się swojego "cara" i nie wszystko mu mówi, albo wprowadza Putina w błąd, lecz to chyba nie to - rozważa Koprowicz.

- Przypomnijmy sobie: opinia publiczna na świecie widzi masakry ludności cywilnej na Ukrainie dokonywane przez bandytów w rosyjskich mundurach - Putin temu zaprzeczał. Ktoś tłumaczył - taka jest polityka Rosji. Kiedy jednak w rozmowach na przykład z przywódcami Francji, czy Wielkiej Brytanii, Putin próbował ich przekonać, że te masakry to nieprawda, nasuwa się, pytanie - co Putin ma w głowie? - podsumował Koprowicz.