Liczba potwierdzonych dziennych przypadków COVID-19 plasuje Polskę w europejskiej czołówce ‒ przekracza pół tysiąca. Więcej od nas miała przedwczoraj Wielka Brytania ‒ 1300 przypadków, ale Niemcy 173, Włochy 197, Hiszpania 240, a Szwecja 344.

Reklama

Mimo rekordowych danych o dziennych zachorowaniach na koronawirusa w Polsce w ostatnich dniach nie ma mowy o ponownym wprowadzaniu jakichkolwiek restrykcji przez rząd. Nasi rozmówcy z kręgów władzy podkreślają, że po pierwsze liczba ponad pół tysiąca nowych potwierdzonych dziennych przypadków zakażeń do ogólnej liczby przypadków COVID-19 w Polsce nadal wynosi 2 proc. Więc dzienny procentowy przyrost jest relatywnie niewielki. Kolejny powód stanowi to, że gros nowych przypadków to efekt szerokich badań w kopalniach na Śląsku. W momencie potwierdzenia kilku przypadków COVID-19 u górników w danej kopalni, jak deklaruje MZ, natychmiast badana jest cała załoga zakładu plus rodziny. To zupełnie inna metodologia niż stosowana tradycyjnie, gdzie badane są osoby chore i ich kontakty.

Przeprowadzenie testów jest bardzo szerokie i 98 proc. tych przypadków jest bezobjawowych ‒ mówi rzecznik resortu zdrowia Wojciech Andrusiewicz. Jak się okazuje, środowisko pracy w kopalniach, a zwłaszcza słaba wymiana powietrza na dole sprzyja transmisji wirusa i zakażenia pojawiają się głównie tam.

W reszcie kraju sytuacja jest jeszcze lepsza, czego dowodem może być zamykanie szpitali jednoimiennych. ‒ Nie ma sensu myśleć o ponownych restrykcjach, dopóki jest bezpieczna rezerwa w łóżka szpitalnych i respiratorach. Gdyby zaczęła rosnąć liczba przypadków hospitalizacji, dopiero wtedy taki scenariusz można brać pod uwagę. Od początku mówiliśmy, że naszym celem jest wypłaszczenie liczby przypadków i trzymanie epidemii pod kontrolą, ale to nie znaczy, że ona zniknie ‒ mówi nam osoba z rządu. Dlatego tak samo jak nikt na razie nie myśli o przywróceniu restrykcji, by nie przydusić gospodarki, tak samo nie ma żadnego planu, który brałby pod uwagę zmianę wyborczego scenariusza.

Jednak sytuacja epidemiczna w Polsce zmienia się ‒ można mówić o ogniskowym rozprzestrzenianiu się choroby. Obok Śląska, w którym od dłuższego czasu nie tylko wykrywanych jest wiele nowych przypadków, lecz także tzw. wskaźnik R ‒ mówiący o tym, ile osób zaraża jeden chory ‒ jest o wiele wyższy niż w reszcie kraju. Na Śląsku wynosi 1,2, podczas gdy poza nim 0,4.

Na dłuższą metę najważniejsza jest nie sama liczba przypadków, a liczba zachorowań, hospitalizacji i zgonów. Te dane świadczą o zjadliwości wirusa w poszczególnych krajach.

Pisaliśmy już w DGP, że śmiertelność w tym roku była niższa niż w poprzednich latach. Jeszcze bardziej szczegółowej analizy takich danych od marca do połowy maja dla Polski podjął się Polski Instytut Ekonomiczny. Porównanie dotyczyło zwłaszcza śmiertelności. Analitycy instytutu sprawdzili, ile osób umierało w tym samym czasie w poprzednich latach, począwszy od 2011 r., i na tej podstawie wyliczyli średnie liczby i oczekiwaną liczbę zgonów w tym czasie.

Rzeczywista liczba zgonów wyniosła w tym okresie 80 324; porównano ją z ośmioma oszacowaniami oczekiwanej liczby zgonów, które wahały się od 74 491 do 87 259. Jaka jest konkluzja? „W badanym okresie zaobserwowana liczba zgonów była równa oczekiwanej, cztery oszacowania wskazują na występowanie zaniżonej śmiertelności, a jedno na występowanie nadmiernej śmiertelności” ‒ wynika z analizy PIE. To prowadzi do wniosku, że na podstawie trendów historycznych nie ma podstaw do stwierdzenia, że w tym okresie liczba zgonów była wyższa niż należałoby oczekiwać.

Zdaniem analityków PIE na podstawie analizy tych różnych wariantów można stwierdzić, że w Polsce w trakcie epidemii liczba zgonów była niższa o ok. 1‒2 tys. zgonów – 100‒200 tygodniowo. Tymczasem w niektórych krajach Europy Zachodniej mogła być wyższa nawet o 75 proc. Czemu w Polsce śmiertelność jest niższa? Rząd wprowadził lockdown, zanim epidemia zaczęła zbierać swoje żniwo, więc liczba śmiertelnych przypadków choroby nie była aż tak duża. Do tego fakt zamknięcia w domach znacznej części populacji spowodował, że zmniejszyło się ryzyko zgonów z powodu np. innych chorób, wypadków czy powikłań w wyniku planowych zabiegów lekarskich. To zdaniem analityków prowadzi do jeszcze jednego wniosku, że w Polsce nie ma nadmiernego niedoszacowania liczby zgonów związanych z COVID-19.