Chęć wykonania testu na obecność wirusa w przypadku ogromnej liczby ludzi z różnego rodzaju infekcjami górnych dróg oddechowych nie ma żadnego racjonalnego uzasadnienia i zdaniem lekarzy jest skutkiem ubocznym szerzącej się paniki.

Reklama

Lekarze podkreślają, że w przypadku złego samopoczucia najlepsze co można zrobić, to pozostać w domu i obserwować to, co dzieje się z organizmem. Jeśli po 2 – 3 dniach objawy nie będą ustępować lub nasilą się i staną niepokojące (pojawią się duszności, wysoka temperatura), powinno się w pierwszej kolejności skontaktować z infolinią uruchomioną przez NFZ, pogotowiem lub lekarzem rodzinnym – jeśli istnieje taka możliwość. Do tego czasu najlepiej zostać w domu i unikać wszelkich kontaktów z innymi ludźmi – dla ich dobra, jak i swojego własnego. Absolutnie niezalecane jest wybieranie się na wizytę do lekarzy podstawowej opieki zdrowotnej. Obecnie trwają jednak intensywne prace nad reorganizacją sytemu w taki sposób, aby część ciężaru diagnostyki w kierunku zakażenia koronawirusem została przeniesiona na specjalistów POZ, więc możliwe, że zalecenia w tym zakresie ulegną zmianie.

Mimo że dużo się teraz mówi o tym, jak postępować w przypadku, gdy ma się objawy przeziębienia, wielu ludzi ignoruje apele specjalistów, a nawet postępuje bardziej irracjonalnie niż wtedy, gdy nie było ryzyka zakażenia się wirusem COVID-19.

Jak mówią lekarze ze stołecznego szpitala zakaźnego przy Wolskiej, od mniej więcej tygodnia nie brakuje tam pacjentów, którzy w innej sytuacji ze swoimi objawami chorobowymi nie tylko nie pojawiliby się w szpitalu, ale nawet u lekarza pierwszego kontaktu. Zdarza się, że człowiek, który od miesięcy „chodzi z kaszlem”, teraz postanawia zrobić test na obecność koronawirusa, bo zaczyna myśleć, że to właśnie jest powodem jego problemów ze zdrowiem. Wcale niemało jest też chorych zgłaszających się z bardzo lekkimi objawami przeziębienia.

Najogólniej rzecz biorąc, można powiedzieć, że dużo ludzi z infekcjami dróg oddechowych chce dziś być testowanych na obecność koronowirusa. Część z chętnych jest eliminowana z dalszej diagnostyki już w pierwszym etapie "zetknięcia ze szpitalem". W namiocie, który ustawiono przed placówką przy Wolskiej, każdy zgłaszający się chory wypełnia ankietę, która pozwala wstępnie ocenić konieczność dalszych badań. Jeśli wynika z niej, że ryzyko jest znikome, człowiek nie "idzie dalej". Pozostali trafiają na izbę przyjęć lub – w cięższych przypadkach – na oddział.

Mimo że system działa dość sprawnie, konieczność zajmowania się dużą liczbą pacjentów pojawiających się w szpitalu bez żadnego racjonalnego uzasadnienia, niepotrzebnie obciąża lekarzy i resztę personelu, który działa na najwyższych obrotach. Obstawa dyżurowa jest zwiększona na całą dobę i dotyczy wszystkich pracowników: lekarzy, pielęgniarek i specjalistów w zakresie statystki medycznej. Wszędzie praca trwa cały czas, personelu jest 2 - 3 razy więcej w porównaniu do sytuacji sprzed czasu epidemii, a zakaźnicy mówią, że szpital działa teraz trochę jak przychodnia medycyny rodzinnej.