Miejsce, w którym produkuje się substancje czynne do leków, powinno być sterylne. Jak sala operacyjna. Tymczasem część chińskich fabryk przypomina rzeźnię – mówi nam prof. David Gortler, który niemal 20 lat przepracował w FDA (Food and Drug Administration, amerykańska Agencja Żywności i Leków), był wykładowcą na uniwersytetach Yale i Georgetown, a dziś jest doradcą ds. bezpieczeństwa lekowego w Instytucie Heartlanda. To na jego biurko trafiały informacje od inspektorów, którzy wizytowali – oficjalnie bądź pod przykrywką – fabryki farmaceutyczne w Państwie Środka.
O chińskich fabrykach piszemy od miesięcy, bo stały się one najważniejszym ogniwem łańcucha lekowego bezpieczeństwa. Gdy idziemy do apteki, to na półkach widzimy medykamenty polskie, niemieckie czy amerykańskie, rzadko kiedy widzimy produkt chiński. Tymczasem ok. 70 proc. z nich zawiera substancje czynne (API, Active Pharmaceutical Ingredient) właśnie z Państwa Środka (oprócz Chin dużym dostarczycielem API są też Indie). Jedna fabryka może wytwarzać produkt dla większości państw europejskich. Gdy więc dojdzie w niej do nieprawidłowości w trakcie produkcji, zagrożonych może być zdrowie kilkuset milionów osób.
O tym, że jakość produkcji w chińskich molochach nie jest najwyższa, mówiło się już od dawna. W Polsce alarmował prof. Zbigniew Fijałek z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, który w latach 2005–2015 był szefem Narodowego Instytutu Leków. Decydenci na jego apele pozostali głusi. Z prostego powodu: produkcja API w Chinach jest tańsza. – A że przy okazji ryzyko zanieczyszczeń jest o wiele większe? Tym się nikt przez lata nie interesował – przyznaje prof. Fijałek.
Reklama
To, jak wyglądają chińskie molochy produkujące substancje czynne, jest jedną z ich najpilniej strzeżonych tajemnic. Nie wiedzą tego europosłowie zajmujący się tematyką zdrowotną, nie wiedzą ministrowie zdrowia poszczególnych państw. Niewiele wiedzą także europejscy producenci leków, bo nawet gdy pojadą do Państwa Środka, są im pokazywane wzorcowe linie produkcyjne. Profesor David Gortler przyznaje, że FDA także miało ograniczony dostęp do sprawdzenia, jak naprawdę wygląda wytwarzanie API. Jednak funkcjonariuszom służby – bo nijak nie da się porównać uprawnień FDA do jej polskich odpowiedników: Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego i Głównego Inspektoratu Sanitarnego – czasem udawało się zobaczyć, jak w rzeczywistości wygląda produkcja substancji czynnych, a nie jak tworzony jest obrazek dla uspokojenia amerykańskich i europejskich sumień.

Ma być jak najtaniej

Gdy wyobrażamy sobie zakład, w którym produkuje się leki, wydaje nam się, że panuje w nim sterylne środowisko, pracownicy używają rękawiczek, masek na twarz, siatek na włosy, fartuchów. A jak jest w Chinach? Z raportów, których treść przytacza prof. Gortler, wynika, że w fabrykach na porządku dziennym był brak bieżącej wody, mydła oraz papieru toaletowego. Pracownicy chodzili boso po hali produkcyjnej i jedli posiłki w sąsiedztwie pracujących maszyn. Okna z uwagi na skwar były otwarte. David Gortler uważa, że taki standard produkcji występuje w wielu chińskich fabrykach do dziś. A to choćby dlatego, że skoro popyt na substancje czynne jest większy od podaży, to nie ma sensu zmieniać tego, co z chińskiego punktu widzenia dobrze działa.