Jak wynika z informacji DGP, na początku przyszłego tygodnia do resortu zdrowia trafi komunikat lekarzy – zwolenników leczenia substancjami na bazie konopi. Ostrzegają oni przed zagrożeniami wynikającymi z dystrybucji leku. A dr Jerzy Jarosz z hospicjum św. Krzysztofa przekonuje, że lek w wersji dostępnej bardziej kusi jako środek do celów rekreacyjnych.

Reklama

Źle przygotowane przepisy spowodowały, że – pomimo konserwatyzmu państwa – tylnymi drzwiami wprowadzono dostęp do miękkich narkotyków . Całkowicie legalnie można je kupić w aptece.

Handel opakowaniami, recepta od każdego lekarza, brak jasnych wskazań, nieprzygotowani farmaceuci – eksperci krytykują sposób wprowadzenia do sprzedaży medycznej marihuany. Środowisko medyczne popierające leczenie konopiami ostrzega resort zdrowia: w tej formie to produkt obecnie bardziej dla narkomanów niż pacjentów.

Część specjalistów wskazuje, że wypaczona została idea stosowania marihuany leczniczej. – Nikt nie nadzoruje jakości produktów i tego, komu są one w rzeczywistości oferowane. Wiele sklepów z nimi działa online, przez co łatwy dostęp do nich mają nieletni – mówi Dorota Gudaniec, która aktywnie walczyła o wprowadzenie konopi leczniczych i jest matką pierwszego w Polsce pacjenta leczonego legalnie w ten sposób. Jej zdaniem ryzyko jest ogromne.

Nie zostaliśmy przygotowani. Produkt trafił do aptek, ale większość farmaceutów nie została przeszkolona z tego, jak go wydawać. Kłopot mają też lekarze – przyznaje kierownik apteki przy warszawskim centrum onkologii. Preparat muszą wydać każdemu, kto przyniesie receptę. Mogą jedynie sprawdzić, czy nie jest sfałszowana, ale nie weryfikują, czy na pewno została wydawana w celach leczniczych. Zgodnie z prawem marihuanę może przepisać każdy lekarz z wyjątkiem weterynarza. I to w każdym wskazaniu. To on ustala dawkowanie. Nie byłoby być może problemu, gdyby nie fakt, że to na polski rynek trafił preparat o najwyższym możliwym stężeniu tzw. THC (19 proc.). Zdaniem części lekarzy nie nadaje się dla wielu chorych, którzy czekali i od lat walczyli o legalny i tani dostęp do terapii na bazie konopi leczniczych.

Największym zagrożeniem jest to, że lek w ogóle nie jest monitorowany. Nie wymagają tego przepisy wprowadzające możliwość leczenia "trawką". Nie ma też ulotki, jak przy tradycyjnych lekach, ostrzegającej przed skutkami ubocznymi, mówiącej o sposobie dawkowania i informacji, w jakich chorobach powinna być stosowana.

Reklama

To lekarze decydują, komu i na co przepiszą marihuanę

Na niedoskonałości wskazuje też Michał Kidawa z Krajowego Biura ds. Przeciwdziałania Narkomanii. Podpowiada, że regulacja powinna określać listę chorób, przy leczeniu których można stosować konopie. – Zostawiono to w gestii lekarzy. Dlatego to na nich spoczywa duża odpowiedzialność, do kogo trafi taki produkt i w jakim stężeniu – dodaje Kidawa. I przyznaje, że od etyki lekarskiej zależy, czy będzie używana w celach rekreacyjnych, czy leczniczych. Na razie przyglądają się rynkowi, który może stwarzać zagrożenie, że marihuana trafi do narkomanów. – Do tej pory nie mieliśmy sygnałów o nieprawidłowościach – podkreśla Kidawa. Jednak przyznaje, że nowe przepisy działają krótko.

Zagrożenie wychwyciło… Allegro. Z jego platformy zniknęły niedawno oferty opakowań po medycznej marihuanie. Jak tłumaczył w rozmowie z DGP Michał Bonarowski z działu PR Allegro, przyjęto założenie, że sprzedaż takich pustych opakowań może służyć do działań mogących naruszać obowiązujące przepisy. O co chodzi? Rozwinął się rynek handlu pustymi oryginalnymi pudełkami po leczniczej marihuanie. W serwisie zaczęły się pojawiać oferty ich sprzedaży za kilkadziesiąt złotych. Allegro otrzymało sygnały od klientów serwisu, którzy uważali, że pudełka będą wykorzystywane do "legalizowania" marihuany kupowanej na czarnym rynku. Po zapakowaniu jej do takiego pudełka policja miałaby kłopot z ustaleniem, czy chodzi faktycznie o produkt leczniczy, czy też kupowany w celach rekreacyjnych.

Policja pytana przez DGP przyznaje, że zdaje sobie sprawę z ryzyka. Na razie jednak produkt jest za krótko na rynku, żeby mówić o problemie.

Paradoksalnie wątpliwości wokół zastosowania ustawy pojawiły się nie po prawej stronie sceny politycznej, ale w gronie środowisk, które od lat są zwolennikami leczenia konopiami. W przyszłym tygodniu do resortu zdrowia ma trafić komunikat Fundacji Hospicjum Onkologicznego św. Krzysztofa. – Chcemy dać wyraz obawom związanym z trybem wprowadzania do lecznictwa w Polsce preparatów z grupy medycznej marihuany – mówi Maciej Antosik z Obserwatorium – odpowiedzialne leczenie bólu (jednostki powołanej w ramach fundacji). Doktor Jerzy Jarosz i skupieni wokół Obserwatorium lekarze i badacze zwracają uwagę m.in. na brak rzetelnego edukacyjnego przygotowania zarówno lekarzy, jak i pacjentów (i opinii publicznej w ogóle) w stosowaniu takiego leczenia, jak również nieprecyzyjne procedury kontrolne i przygotowawcze od strony regulatora. – Takie jak ocena składu, opis wskazań, tryb rejestracji bez charakterystyki produktu leczniczego przy dopuszczaniu go na rynek. Taki stan rzeczy skutkuje obecnie tym, że na rynek wprowadzono lek o dużej zawartości THC, od którego nie powinno się rozpoczynać leczenia. Z perspektywy odpowiedzialnej opieki nad pacjentem to mało zrozumiały krok – mówi Antosik.

Kanadyjska spółka Spectrum Cannabis przyznaje, że zainteresowanie ich produktem jest ogromne. Pierwsza dostawa starczyła na kilka dni. Firma odpowiada na zarzuty, że ich produkt nadaje się bardziej do użytku w celach rekreacyjnych niż medycznych, a także na to, dlaczego zaczęła podbój polskiego rynku od produktu o najwyższym stężeniu THC (substancji psychoaktywnej). Tłumaczy, że ten produkt ma najszersze spektrum zastosowania. I nadaje się do leczenia wszelkiego rodzaju bólów. – Szacuje się, że takich osób jest w Polsce ok. 6 mln i to najliczniejsza grupa pacjentów, którzy potrzebują terapii konopiami – mówi Tomasz Witkowski, menedżer na kraj w Spectrum Cannabis. Wskazuje też, że podejmując decyzję o rejestracji, firma kierowała się przede wszystkim doświadczeniem, jakie wyniosła z rynku niemieckiego.

Pod względem populacji kraj ten może posłużyć jako punkt odniesienia. U naszych zachodnich sąsiadów 60 proc. pacjentów korzysta z tej odmiany suszu. – Podobnie jest na innych rynkach, na których działamy – informuje Tomasz Witkowski. Firma dodaje, że jej susz pochodzi z Kanady, skąd trafia do Polski przez Niemcy. Niedługo jednak będzie sprowadzany do naszego kraju z plantacji firmy w Danii. I dodaje, że na 90 proc. rynków, na które weszła – debiutowała przed konkurencją. Firma podjęła też działania w kierunku rejestracji kolejnych odmian konopi medycznych. – Chcemy, aby w drugiej połowie roku były dostępne dwie kolejne odmiany. Jedna jest dla pacjentów ze stwardnieniem rozsianym, a druga dla odczuwających skutki uboczne chemio- i radioterapii – mówi Witkowski. W ciągu kilku najbliższych tygodni złożymy wniosek o rejestrację produktu o stężeniu 10 proc. THC i 9 proc. CBD.

Spectrum Cannabis to nazwa marihuany o medycznym zastosowaniu wchodząca w składy palety produktów kanadyjskiej firmy Canopy Growth. To największa na świecie firma działająca w tym biznesie. Przedsiębiorstwo hoduje, przetwarza i sprzedaje marihuanę pod różną postacią: suszoną, olejku i kapsułek. Jest notowana na dwóch giełdach: w Nowym Jorku i Toronto, a jej wartość rynkowa to ok. 15 mld dol.

Canopy Growth jest jednym z beneficjentów liberalizacji przepisów dotyczących marihuany w Kanadzie, gdzie zezwolono na zastosowanie medyczne w 2001 r., zaś w październiku ubiegłego roku zalegalizowano także zastosowanie rekreacyjne. Do innych należą takie firmy jak kanadyjska Aurora Cannabis czy kanadyjsko-amerykańska Tilray.

To, co wyróżnia firmę to prosty (wręcz łopatologiczny) system oznaczania produktów różnymi kolorami w zależności od stężenia dwóch substancji aktywnych – tetrahydrokannabinolu (THC) oraz kannabidiolu (CBD). Czerwony, pomarańczowy i fioletowy oznaczają wyższe stężenie THC, zielony i niebieski – mieszankę, żółty – wyższe stężenie CBD. Do polski firma sprowadziła susz w wariancie czerwonym.

Michał Kidawa z Biura ds. Przeciwdziałania Narkomanii wskazuje, że decyzję o tym, jaki produkt znajdzie się na rynku, podejmuje urząd rejestracji leków. To on ustala, jaki produkt może być dopuszczony do sprzedaży. Na pytanie, ile było wniosków i dlaczego dopuszczono tylko ten jeden produkt, URPL odmawia odpowiedzi. – Nie jest możliwe udzielenie informacji dotyczącej liczby podmiotów odpowiedzialnych, które wystąpiły w ostatnim roku do urzędu rejestracji z wnioskiem o dopuszczenie do obrotu bądź informacji na temat liczby odrzuconych wniosków wraz z powodami ich odrzucenia – odpowiada DGP Wojciech Łuszczyna, rzecznik urzędu. Na pytanie o kontrole wskazuje, że podlega rygorom ustawy o… przeciwdziałaniu narkomanii.