Psychiatra mówił, że teraz nie jest już tak często, jak jeszcze kilkanaście dni temu, wzywany do szpitala na stadionie, bo – jak tłumaczył – są coraz poważniej chorzy, których trzeba szybko podłączać do aparatury medycznej i nie ma czasu na konsultacje.

Reklama

- Zimą było więcej interwencji psychiatrycznych, częściej rozmawiałem z pacjentami, którym trudno się było odnaleźć w tej sytuacji nietypowej, także przecież dla nas – lekarzy, pielęgniarek i ratowników medycznych. U pacjentów było więcej przypadków depresyjnych związanych z izolacją od bliskich, od świata zewnętrznego – podkreślił Koprowicz.

- Teraz częściej zdarzają się na przykład przypadki osób, które odmawiają wsparcia respiratorowego. Wtedy także jestem proszony o pomoc przez medyków ze Stadionu Narodowego. Przyjeżdżam, wchodzę w specjalnym stroju na salę szpitala tymczasowego i staram się ich – jak to się mówi – zabezpieczyć psychiatrycznie – tłumaczył.

- Najpierw rozmawiam z lekarzami prowadzącymi tych pacjentów, potem słucham chorych, staram się podczas rozmowy zrozumieć emocje, jakie nimi kierują – zaznaczył psychiatra. - A trzeba pamiętać, że w szpitalach covidowych, szczególnie tam, na Stadionie Narodowym, panują specyficzne warunki. Do chodzących w specjalnych kombinezonach medyków wszyscy już przywykli. Sam pracuję w takim skafandrze, co przecież jest warunkiem naszego bezpieczeństwa, ale to z kolei powoduje, że nie mamy z pacjentami tzw. normalnego kontaktu – mówił.

- W warszawskim szpitalu na stadionie, stworzonym na potrzeby epidemii, dochodzi jeszcze atmosfera miejsca, gdzie nie ma okien, gdzie pory dnia są wyznaczane przez zapalone lub gaszone światła na korytarzach – opisywał lekarz. - To może wzbudzać poczucie niepewności, zagrożenia, trochę tak, jak w bunkrze podczas wojny" – relacjonował. - Zimą leczyłem więcej pacjentów z zaburzeniami nastroju, lękami, czy nie będzie gorzej – powiedział Koprowicz.

Lęk przed podłączeniem do respiratora

Reklama

Tłumaczył, że najczęstszą obawą pacjentów jest – wywołany przerażającymi statystykami zgonów – lęk przed podłączeniem do respiratora.

- Miałem do czynienia z chorymi, którzy nie zgadzali się na podłączenie do aparatury i to nie tylko dlatego, że znają statystykę częstszych zgonów pacjentów pod respiratorami – wyjaśnił Koprowicz.

Lekarz ze stołecznego szpitala MSWiA podkreśla, że teraz psychiatrzy mierzą się z jeszcze trudniejszymi zadaniami niż dotychczas.

- Musimy po prostu pomagać rodzinom ludzi zmarłych na COVID-19 – podkreślił Koprowicz. - Naszym zadaniem jest walka z ich traumą po stracie bliskich. Tutaj, w poradni przy ul. Wołoskiej w Warszawie, mam, co wynika ze specyfiki miejsca, szpitala MSWiA, do czynienia z większą liczbą pacjentów z rodzin osób ze służb mundurowych i chociaż pomagamy wszystkim, tych jest więcej – stwierdził.

- Więcej jest kobiet. To one – być może – głębiej przeżywają utratę bliskiej osoby – mówił psychiatra. - Obserwuję jednak, że – czy to w Warszawie, czy w przychodni w Pabianicach – pojawia się coraz więcej osób z traumą po nagłej śmierci osób bliskich – zaznaczył Koprowicz.

- Osoby, które wyjeżdżają do szpitala na oddział covidowy wyglądają stosunkowo dobrze, wydaje się, że są w relatywnie dobrej kondycji, ale ta choroba, COVID-19, może jednak postępować błyskawicznie – przypomniał psychiatra i dodał, że niektórzy tacy pacjenci już, niestety, do domu nie wracają. Wtedy – jak mówił lekarz – rodzina i przyjaciele nie mogą po prostu uwierzyć w śmierć bliskich. Pojawia się szok i niewyobrażalne przygnębienie, toteż – co podkreślił psychiatra – bliskim zmarłych na COVID-19 należy jak najszybciej pomóc.

Potrzeba pomoc psychiatry

Czasem, nawet kiedy choroba ustępuje, także potrzebna jest interwencja psychiatryczna. - Miałem niedawno taką pacjentkę, która gorączkowała prawie dwa tygodnie. W poważnym stanie przywieziono ją do szpitala na Stadionie Narodowym. Na szczęście objawy ustąpiły, pacjentka fizycznie czuje się już dobrze, ale także musiałem interweniować – wspomina psychiatra. - Pojawiła się niestety psychoza, pacjentka ma urojenia – tłumaczył Koprowicz.

- Jeśli chodzi o pracowników służby zdrowia, nie trafił do mnie do tej pory na szczęście nikt, kto powiedziałby: Nie radzę sobie z emocjami, umierają mi ludzie" – podkreślił lekarz.

- Jednak za każdym razem, kiedy przyjeżdżam do szpitala tymczasowego na Stadion Narodowy, kiedy witam się z koleżankami i kolegami i mówię "Cześć", bo tam wszyscy jesteśmy po imieniu, to oni odpowiadają: "Jacek, porozmawiaj najpierw z nami". Jest gigantyczna potrzeba wypowiedzenia tych emocji, które, nam lekarzom, towarzyszą od roku – wyjaśnił psychiatra.

- Pani psycholog z mojej przychodni poprosiła o możliwość utworzenia wśród lekarzy tzw. grupy wsparcia. Zgodziłem się, bo to bardzo pomaga rozładować emocje i je właściwie skierować – powiedział Koprowicz.