Od dwóch dni działa nowa baza o chorych na COVID-19. W jednym miejscu miały być zebrane wszystkie informacje o pacjentach. Jednocześnie decyzją GIS powiatowe sanepidy przestały podawać komunikaty o zakażonych na ich terenie.

Reklama

Baza nie zawiera jednak m.in. wieku chorych, płci, miejsca zamieszkania, danych od początku epidemii. Dostajemy tylko informacje z jednego dnia o liczbie zakażonych i liczbie zgonów, w podziale na powiaty i województwa. Nic więcej. Opierając się na tym, co udostępnił resort zdrowia, nie da się ani monitorować epidemii, ani wyciągać wniosków. I – na co zwracają uwagę eksperci – zostały zabrane jakiekolwiek narzędzia weryfikacji.

Ministerstwo przekonuje, że to dopiero wstępna wersja, która będzie na bieżąco uzupełniana. Również o dane historyczne. – Jesteśmy otwarci na wskazówki, prosimy o przesyłanie uwag, jakie informacje byłyby potrzebne – mówi Wojciech Andrusiewicz, rzecznik resortu.

Jednak rzecznik praw obywatelskich wskazuje, że scentralizowane „podawanie danych o liczbie zakażeń koronawirusem jest sprzeczne z konstytucyjnym prawem do informacji publicznej, które zakłada jak najszerszy i jak najłatwiejszy dostęp do publicznych danych”.

Resort zdrowia i KPRM od początku pandemii ujawniają cząstkowe informacje w rozproszony sposób, m.in. o liczbie chorych, ich wieku, regionie Polski czy zgonach. Część informacji można było zbierać z powiatowych sanepidów, cząstkowe dane dzienne były udostępniane na TT albo na stronie MZ. Dzięki działalności wolontariuszy, którzy te informacje opracowywali (m.in. 19-latek Michał Rogalski), udawało się śledzić, jak wyglądają trendy, kto jest bardziej narażony na chorobę i jak działają obostrzenia.

Na bazach przetworzonych przez Rogalskiego pracowali matematycy z ICM UW tworzący modele prognostyczne wykorzystywane przy planowaniu strategii przez MZ. Powód? Te opracowania były wygodniejsze.

Ministerstwo zdecydowało się na uruchomienie nowej bazy danych po tym, gdy wspomniany Rogalski wykrył rozbieżności w liczbie chorych podawanych przez sanepidy i ministerstwo. Na podstawie tego, co teraz jest dostępne, podobna weryfikacja nie byłaby możliwa.

Dziwi fakt – na co zwrócił uwagę Rogalski – że ministerialna baza danych nie jest jeszcze kompletna, a już dzień wcześniej zakazano sanepidom udzielania informacji dotyczących ich regionów. Ograniczenie dostępu do informacji potęguje tylko nieufność.

Już w październiku resort zdrowia zmniejszył liczbę podawanych informacji. Nie podaje już miejsca zgonu, płci i wieku zmarłego. Nie sposób dowiedzieć się, jaki jest np. średni wiek osób umierających na COVID. Kiedy jakiś czas temu o to zapytaliśmy, MZ odsyłał do GIS, GIS do PZH, PZH do Instytutu Kardiologii. Wcześniej można było to zrobić samodzielnie, spisując dzień po dniu dane z mediów społecznościowych i SMS-ów, które były wysyłane do dziennikarzy. Od pewnego czasu nawet takiej możliwości nie ma.

Epidemia trwa od marca; ministerstwo upublicznia bazę pod koniec listopada. Już w kwietniu pisaliśmy w DGP w tekście „Dane. Nasza najsłodsza, państwowa tajemnica”, że ich brak jest problemem wagi państwowej. Sam resort zdrowia przyznawał, że zbieranie danych może się przyczynić do poszerzania wiedzy na temat choroby i optymalizacji opieki medycznej nad pacjentami.

Wówczas też sprawdzaliśmy, jak o COVID informują inne państwa. Niemal od początku pandemii w Czechach działa strona, na której są szczegółowe informacje: o strukturze zakażeń (ile łącznie, ile dziennie, ile w całym kraju, ile w których samorządach, w jakich grupach wiekowych i z podziałem na płeć) i zgonów. Podobnie jest w Niemczech.

Dlaczego w Polsce baza powstała dopiero teraz? I do tego ułomna? Jeden z byłych pracowników MZ mówi, że nie wszyscy widzieli taką potrzebę. I dodaje, że nie było to priorytetem.