W sumie dla pacjentów covidowych ma być dostępnych ok. 8 tys. łóżek, z czego 800 z respiratorami. To o ponad 1 tys. więcej niż teraz. Dziś zajętych jest 2,3 tys. łóżek, z czego 140 z dostępem do respiratora. Tym samym, zdaniem resortu, potencjał na przyjęcia będzie duży.

Reklama

Jednak jak przekonuje jeden z dyrektorów szpitala wysokospecjalistycznego, do którego mają trafiać najcięższe przypadki chorych, do tej pory sytuacja dobrze wygląda tylko na papierze. – Co innego excel, a co innego rzeczywistość. Co z tego, że w jakimś województwie będzie kilkaset łóżek i dwa razy mniej pacjentów, jeżeli w Małopolsce czy Świętokrzyskiem będzie ich mniej niż chorych – mówi. U niego wolne miejsca się kończą. A liczba chorych – i to w ciężkim stanie – rośnie z dnia na dzień.

Z naszych rozmów z placówkami wynika, że sytuacja jest bardzo zróżnicowana. W wielu miejscach wolne łóżka dla pacjentów z COVID-19 zaczynają być deficytem, ale są też szpitale, gdzie niemal wszystkie stoją puste. W Pomorskim Centrum Chorób Zakaźnych i Gruźlicy 50 proc. ze 188 łóżek przygotowanych dla chorych z koronawirusem jest zajętych. – Codziennie liczba pacjentów rośnie – zaznacza Małgorzata Pisarewicz ze spółki Szpitale Pomorskie, do której należy Pomorskie Centrum.

I przyznaje, że choć na pierwszy rzut oka sytuacja panująca w szpitalu wydaje się być dobra, to już kiedy popatrzeć na liczbę lekarzy, widać problem. – Zgłosiliśmy potrzebę 14 specjalistów. Wojewoda skierował do pracy w naszej placówce 14 osób. Cztery się odwołały. Z pozostałymi 10 już zawarto umowy. Przychodzi jednak 9, bo jedna jest na zwolnieniu – dodaje Małgorzata Pisarewicz. Zwraca też uwagę, że w szpitalu są już zajęte wszystkie łóżka z dostępem do respiratorów. W sumie jest ich sześć. – Dlatego jesteśmy zmuszeni odsyłać pacjentów wymagających wspomagania do innych placówek. Nie jest to łatwe, bo gdzie indziej dla ich miejsc też brak. Jest jednak nadzieja na poprawę sytuacji, bo w regionie szpitale mają dostać respiratory – zaznacza.

Problemy są w woj. świętokrzyskim, w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym nie ma już wolnych miejsc. Pacjenci są odsyłani. W innych województwach jest jeszcze bardziej dramatyczna sytuacja. W woj. kujawsko-pomorskim doszło do tragedii. Jak opisywały media jeden z pacjentów z COVID-19 zmarł, zanim udało się znaleźć miejsce na intensywnej terapii. Według Ministerstwa Zdrowia wina leży po stronie koordynatorów m.in. ratownictwa. Powinni wskazać wolne miejsce, nawet jeżeli byłoby oddalone od miejsca zamieszkania.

Dyrektorzy szpitali uważają, że to efekt nieprawidłowej organizacji systemu; winią też lekarzy rodzinnych. Ich zdaniem niepotrzebnie wysyłają oni chorych na hospitalizację, choć mogliby pod ich nadzorem zostać w domu. – Problem jest duży, bowiem do szpitala napływają całe rzesze pacjentów (z innych niż COVID-19 powodów), którzy nie przychodzili wcześniej ze strachu przed wirusem. Jest ich o wiele więcej niż do tej pory – mówi jeden z dyrektorów.

Resort zdrowia podkreśla, że szpitale muszą być otwarte, także na innych chorych. I zapowiada zwiększenie liczby łóżek. Nawet o 100 proc. w niektórych województwach – tak ma być w Małopolsce.

Chce jednak zmienić także system: chorymi mają się zająć przede wszystkim lekarze rodzinni. To zwrot o 180 stopni. Dwa tygodnie temu Ministerstwo Zdrowia wskazywało, że opiekę nad chorym, u którego wykryto COVID-19, sprawuje lekarz zakaźnik. I tego trzymali się lekarze POZ. Teraz to oni będą mieli decydować, czy pacjent ma zostać w domu, czy jechać do szpitala. Mają się też zmienić zasady zlecania testów. Lekarze rodzinni walczyli, by móc to robić podczas teleporady. Teraz mają już możliwość, ale tylko w przypadku bardzo jednoznacznych objawów. Resort chce, żeby sposób kierowania na testy zależał od strefy, w której są wydawane. Lekarze w strefie czerwonej, czyli obszarach z największą liczbą chorych, najczęściej będą to mogli robić w ramach teleporady. Co na to lekarze rodzinni? Nowe zalecenia MZ będzie z nimi konsultował dopiero w czwartek. Rozmowy są trudne.

Wątpliwości, na które wskazują medycy, to także sposób leczenia. Pojawiają się kontrowersje wokół szybkich testów antygenowych, ale i dostępności do terapii. Do szpitali trafiły testy, które jeszcze kilka miesięcy temu resort zdrowia chciał zwrócić Koreańczykom, od których je kupił. Powód? Za mała skuteczność. – Testy antygenowe, które miały mieć skuteczność między 60 a 80 proc., a mają 40 proc. – zwracamy – mówił DGP w maju ówczesny minister zdrowia Łukasz Szumowski. Ostatecznie zostały wysłane na SOR-ów. Resort zdrowia przekonuje, że w związku z nowymi wytycznymi WHO można jest stosować, co potwierdza opinia wydana przez pięciu konsultantów – m.in. mikrobiologii, chorób zakaźnych czy epidemiologii. Ci wypowiedzieli się, że są dopuszczalne, jeżeli się wynik potwierdzi testem genowym – PCR. Zaś rzecznik resortu Wojciech Andrusiewicz wskazuje, że zgodnie z raportem NIZP-PZH zgodność wyników jest na poziomie od 57 proc. wzwyż – w zależności od ilości wirusa w badanej próbce.

Same szpitale mają bardzo różne opinie. Profesor Robert Flisiak w rozmowie z gazetaprawna.pl mówił, że testy cechują się niską czułością i niską swoistością. I w efekcie pojawiają chorzy z fałszywie dodatnimi wynikami, którzy zamiast być leczeni na właściwe choroby, trafiają w ciężkim stanie na oddział zakaźny. A fałszywie ujemni – na niezabezpieczone oddziały internistyczne czy chirurgiczne, stanowiąc źródło zakażenia i powstania ognisk epidemicznych.

Są jednak i takie placówki – jak jeden z warszawskich szpitali – które mówią, że testy są potrzebne – mogą być choćby pierwszym sitem. Zatem w pewnym sensie spełniają swoją rolę.

Resort oprócz zmiany schematu leczenia zapowiada również wprowadzenie kolejnych ograniczeń administracyjnych. Głównie dotyczy to imprez: dopuszczalne będzie 50 osób na weselach w strefie czerwonej, 75 w żółtej, 100 w zielonej. Puby w strefach czerwonych mają być zamknięte po godzinie 22. Noszenie maseczek na ulicy będzie obowiązywać również w strefie żółtej.