Zabieg wykonali w poniedziałek dr n. med. Jacek Szymański wraz z zespołem pod kierownictwem prof. dr. hab. n. med. Grzegorza Jakiela z I Kliniki Położnictwa i Ginekologii Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego w Centrum Medycznym „Żelazna” w Warszawie. Uczestniczył w nim również dr Martti Aho ze Szpitala Uniwersyteckiego w Tampere w Finlandii.

Reklama

Dr Jacek Szymański wyjaśnił w rozmowie z PAP, że zabieg polegał na wszczepieniu pacjentkom z nadaktywnością pęcherza moczowego specjalnej elektrody, która stymuluje prawidłowe działanie nerwów i pęcherza moczowego. Można to porównać do elektrostymulacji mięśnia sercowego przy użyciu odpowiedniego stymulatora.

- To są zabiegi dla osób ze specyficznym rodzajem nietrzymania moczu, z tzw. parcia, czyli z pęcherzem nadaktywnym. (...)Trzeba to odróżnić od wysiłkowego nietrzymania moczu, spowodowanego inną patologią. Tutaj modulujemy unerwienie, dzięki czemu liczymy na to, że będzie on funkcjonował prawidłowo – powiedział specjalista.

Nerwy przebiegające z mózgu i do mózgu kontrolują pęcherz moczowy i mięśnie zaangażowane w oddawanie moczu. Gdy komunikacja między nerwami a mózgiem jest zaburzona, może dojść do zatrzymania moczu lub pęcherz staje się nadaktywny, co objawia się nietrzymaniem moczu z naglącym parciem i potrzebą częstego oddawania moczu.

Aby przywrócić właściwą stymulację nerwów wszczepia się niewielkie urządzenie przesyłające łagodne impulsy elektryczne do nerwu znajdującego się nad kością ogonową. Elektroda - w postaci cienkiego drucika - umieszczana jest w okolicy kości krzyżowej w pobliżu nerwów krzyżowych kontrolujących pęcherz moczowy. Następnie podłącza się ją do zewnętrznego stymulatora. Zabieg trwa zazwyczaj niecałą godzinę i może być przeprowadzany w znieczuleniu miejscowym.

- Zabieg nie jest skomplikowany, ani trudny technicznie. Można go zaliczyć do zabiegów mało inwazyjnych, wymaga jednak odpowiedniego sprzętu i cierpliwości. Jego inwazyjność polega jedynie na znalezieniu miejsc, w których należy elektrody zainstalować pod kontrolą promieniowania rentgenowskiego. Potem sprawdza się odpowiedź neurologiczną na stymulację elektrody, czy jest w dobrym miejscu i dobrze zaimplantowana – powiedział PAP dr Szymański.

Od 1 kwietnia 2019 r. zabiegi te są finansowane przez Narodowy Fundusz Zdrowia. W grudniu minionego roku były wykonywane u mężczyzn w klinice urologii Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego w Warszawie. Refundowane zabiegi nie były dotąd wykonywane u kobiet, w oddziałach ginekologicznych. Wcześniej kilkanaście takich zabiegów przeprowadzono w klinikach urologicznych lub neurochirurgicznych w ramach grantów naukowych lub prywatnych zabiegów.

Metoda neuromodulacji krzyżowej znana jest od wielu lat. W Europie stosuje się ją od 1994 r., a w USA - od 1997 r. Leczenie jest dwuetapowe. W okresie jednego lub dwóch tygodni od zabiegu oceniana jest reakcja pacjenta na neuromodulację. Jeśli wystąpiła poprawa w kontroli mikcji i nie pojawiły się skutki uboczne, w drugim etapie pod skórę na stale implantowany jest neuromodulator. Metoda ta jest odwracalna, gdyż łatwo jest usunąć wszystkie wszczepione elementy z kości krzyżowej. Baterie wymienia się co 6-8 lat.

Specjaliści zapewniają, że pacjenci odczuwają stymulację najczęściej jako wrażenie lekkiego „ciągnięcia”, „mrowienia” lub „uderzenia” w obszarze miednicy bądź dużego palca u nogi. Nie powinno to być bolesne, a intensywność stymulacji można regulować. Poza tym z czasem te odczucia są coraz słabsze.

Dr Szymański zwraca uwagę, że neuromodulacja jest stosowana jest u pacjentów, u których przestało działać leczenie farmakologiczne. Oprócz niej wykorzystuje się wtedy ostrzykiwanie pęcherza toksyną botulinową. Nadreaktywny pęcherz jest dość częstą dolegliwością, w Polsce dotyka około 1,5 mln kobiet i mężczyzn. Neuromodulacja jest skuteczna u 70-80 proc. pacjentów.

Reklama