Specjalista jako przykład podał Austrię: gdy jednemu choremu przyznane zostanie określone leczenie, np. nowym lekiem, to taka sama terapia automatycznie przysługuje innym pacjentom z takim samym przypadkiem choroby. W Polsce oznaczałoby to, że jeśli jeden wojewódzki fundusz zdrowia zgodzi się na leczenie, to podobna terapia powinna obowiązywać w pozostałych regionach kraju.

Reklama

W ten sposób wyeliminowany zostałby nierówny w naszym kraju dostęp do leczenia onkologicznego. Teraz jest bowiem tak, że na użycie nowego, kosztownego leku w leczeniu np. raka nerki, wyrażana jest zgoda dla niektórych chorych w jednym województwie, a nie ma jej w innym regionie dla tej samej grupy pacjentów - podkreślił Łanda.

Prof. Cezary Szczylik, kierownik kliniki onkologii Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie, powiedział, że w ostatnich latach nastąpił ogromny postęp w leczeniu raka nerki, jakiego nie odnotowano w innych nowotworach litych. Zarejestrowano siedem preparatów nowej generacji, ale w naszym kraju refundowane są jedynie trzy z nich i to w mocno ograniczonym zakresie (jeden w programie terapeutycznym, a dwa w tzw. chemioterapii niestandardowej).

Jego zdaniem, o dostępie do tych leków decydują wyłącznie kryteria finansowe, a nie medyczne.

Innego zdania był Maciej Nowicki z firmy HTA Audit, który zwrócił uwagę na trudności w ocenie skuteczności nowych leków. Nie ma możliwości bezpośredniego ich porównania w tej samej chorobie, bo firmy farmaceutyczne nie są tym zainteresowane. Próbuje się zatem stosować jedynie porównania pośrednie. Jako przykład podał jeden z siedmiu nowych preparatów w leczeniu raka nerki, który poza Polską nie uzyskał refundacji także w Kanadzie i Francji.

Podstawową metodą w leczeniu raka jest usunięcie guza lub całej nerki. Leki nowej generacji stosuje się u chorych z zaawansowanym nowotworem lub z rozsianą już chorobą, czyli z przerzutami do innych narządów, najczęściej do płuc (50-60 proc. chorych), wątroby (30-40 proc.), kości (30-40 proc.) i mózgu (5 proc.). Podawanie cytokin, do niedawna jedynej terapii farmakologicznej, pomaga jedynie 5-10 proc. pacjentów.

O skuteczności leczenia raka nerki decyduje przede wszystkim wczesne jego wykrycie, a z tym są kłopoty, bo ten nowotwór nie powoduje typowych objawów. Na dodatek nie prowadzi się przesiewowych badań profilaktycznych pozwalających wcześnie go wykryć - powiedział dr Piotr Tomczak, ordynator oddziału chemioterapii Szpitala Przemienienia Pańskiego w Poznaniu.

Reklama

Dodał, że nawet takie objawy jak krwiomocz, bóle w okolice lędźwiowej oraz wyczuwalny w badaniu palpacyjnym guz, występują jedynie u 6-10 proc. Pozostałe dolegliwości to gorączka, nadciśnienie, niedokrwistość oraz brak apetytu i chudnięcia - rzadko kojarzone z jakimkolwiek nowotworem.

Według dr Tomczaka, podstawową metodą wykrywania raka nerki jest badanie USG jamy brzusznej. Ale nie jest ono zlecane w celu wykrycia tego typu nowotworu. U połowy chorych wykrywany jest on zatem przypadkowo, podczas USG zaordynowanego z innego powodu, np. powiększenia gruczołu krokowego lub podejrzenia raka prostaty u mężczyzn. Tymczasem skuteczność tego badania jest bardzo wysoka: guza nerki pozwala zdiagnozować w 90 proc. przypadków.

Brak badań profilaktycznych powoduje, że u 33 proc. chorych rak nerki wykrywany jest w stadium zaawansowanym, z przerzutami. A pięcioletnie przeżycia uzyskuje się u jedynie u 40 proc, pacjentów. Jeśli są złe rokowania, związane głównie z zaawansowaniem choroby, tylko 4-10 proc. chorych ma szansę przeżyć 1 rok. Jedynie ci z dobrymi rokowaniami żyją co najmniej 3 lata.

Wszelkie statystyki są jednak mylące, gdyż spośród wszystkich nowotworów rak nerki wykazuje najbardziej zróżnicowany przebieg, podobnie jest jedynie w przypadku czerniaka - podkreślił dr Tomczak. Jest to związane z tym, że u niektórych chorych dochodzi do tzw. samoistnych remisji choroby.