Zwolnienia spowodowane depresją oraz innymi podobnymi problemami kosztują ZUS coraz więcej. W tej chwili ta kategoria odpowiada za największą grupę wydatków ubezpieczeniowych związanych z nieobecnością w pracy. Wyprzedza choroby krążenia, które przez lata były na pierwszym miejscu.

W sumie ZUS-owskie koszty schorzeń psychicznych wzrosły z 4,5 mld zł w 2010 r. do 5,9 mld zł w 2015 r. Eksperci uważają, że przyczyn jest kilka. Po pierwsze, oswoiliśmy choroby psychiczne, przez co branie zwolnienia z powodu lęków i obaw nie stanowi już powodu do wstydu.

Po drugie, coraz częściej nie dajemy sobie rady z presją w miejscu zatrudnienia. Jak zauważa dr Małgorzata Sobotka z Uczelni Łazarskiego, autorka badań na temat depresji, Polacy pracują bardzo dużo, a tylko mała grupa firm realnie dba o zdrowie swoich kadr, np. poprzez abonamenty medyczne lub pakiety sportowe.

Brakuje działań profilaktycznych i promujących zdrowe nawyki. Narodowy Program Zdrowia Psychicznego, który miał poprawić standardy opieki w tym zakresie, jak wynika z ostatniego raportu NIK, skończył się fiaskiem. Resort zdrowia nie zrealizował 29 z 32 wskazanych w nim zadań. Nie stworzył psychiatrycznej opieki środowiskowej ani centrów zdrowia psychicznego, które otaczałyby kompleksową opieką osoby z zaburzeniami.

Ale bywa też, że kłopoty symulujemy. – Coraz głośniej mówi się o depresji i chorobach psychicznych. Są tacy, którzy wykorzystują to jako możliwość dłuższego odpoczynku czy ucieczki przed zwolnieniem z pracy – mówi Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan. Ułatwia to fakt, że weryfikacja choroby psychicznej przez pracodawcę jest trudniejsza, a i z tego powodu można przebywać na zwolnieniu dłużej niż ze względu na grypę.