Pierwsze szczepionki to…

Chiny, XIII w. Zaczęło się od wciągania przez nos strupów pobieranych z chorych na ospę.

Nie brzmi to najlepiej.

Starte na proszek strupy wdmuchiwano w nos zdrowym młodym kobietom. Celem tego zabiegu nie była jednak początkowo walka z chorobą. Chciano w ten sposób zapobiec oszpeceniu kobiet, które były wysyłane do towarzystwa bogatym mieszkańcom Chin. Jak się szybko zresztą przekonano, nie był to zbyt skuteczny sposób. Część materiału była nazbyt wysuszona i nie działała, z kolei strupy zbyt mało wysuszone po zetknięciu z błoną śluzową nosa doprowadzały do zarażenia. Ale nikt się tym specjalnie nie przejmował, bo dzięki temu odbywała się selekcja naturalna. Kobiety, które zachorowały, odpadały automatycznie.

Jak Chińczycy wpadli na taki pomysł?

To nie były naukowe metody, tylko wynikały z obserwacji. Zresztą Edward Jenner, brytyjski lekarz, uznawany za odkrywcę szczepienia przeciw ospie prawdziwej, też bazował na doświadczeniach. W jego czasach (przełom XVIII i XIX w. – red.) stosowano naturalne metody uodpornienia, np. wariolizację, czyli zakażano prawdziwą ospą. Kłopot polegał na tym, że część osób zaczynała chorować i umierała, poza tym taka osoba była nosicielem wirusa. Ale Jenner zaobserwował, że kobiety zatrudnione do dojenia krów najczęściej nie przechodzą ospy albo choroba przebiega u nich łagodnie. Zorientował się, że dotyczy to tych dojarek, które miały charakterystyczne guzki po przebyciu krowianki, czyli ospy krowiej. Uznał, że to może być sposób na zyskanie odporności. Żeby to sprawdzić, przeprowadził pewien eksperyment – zaraził małego chłopca krowianką, a po jakimś czasie „zaszczepił” go ospą prawdziwą. Chłopiec nie zachorował. To było przełomowe odkrycie. Bowiem krowianka nie była śmiertelna dla ludzi, a jednocześnie dawała odporność. To był początek drogi, który doprowadził do zupełnego wyeliminowania czarnej ospy.

Wszyscy ludzie godzili się na takie eksperymenty?