Ale wiadomo, jak się szybko żyje to spotyka się różnych ludzi. Nie wszystkie intencje okazują się być szczere, pojawiają się problemy, kłótnie, i czasem nie widać światełka w tunelu. Jak się okazało, co zasugerowali lekarze, stres, który u mnie to trwał blisko osiem lat, może doprowadzić do choroby nowotworowej, i u mnie właśnie zaatakował węzły chłonne... A wszystko wykluło się i zaczęło dawać o sobie w zupełnie nieodpowiednim momencie mojego życia...

Reklama

Dziś, jak oceniam młode lata z perspektywy czasu, było mnóstwo niepotrzebnych, ryzykanckich ruchów i decyzji. To było głupie, niepotrzebne i bardzo, bardzo stresujące. Do przodu pchał mnie plan jaki wymyśliłem, wizja i jak najszybciej chciałem ją zrealizować. Tak jest zresztą do dziś, po prostu nie umiem nic nie robić. Jako osiemnastolatek obok prowadzenia firmy, zacząłem współpracować z różnymi redakcjami jako dziennikarz motoryzacyjny, bo to moja pasja. Zresztą nie jedyna. Kocham też muzykę klasyczną i filmową i nią również zajmowałem się zawodowo, choć dopiero od niedawna mam w domu fortepian.

Choroba ujawnia się

Dzięki bardzo intensywnej pracy mogłem spełniać marzenia swojego życia, czyli jeździć dobrymi autami i motorami. I pamiętam, że wziąłem udział w rajdzie, nie takim bardzo poważnym, raczej towarzyskim, gdzie były pikapy, samochody terenowe itd. Jechałem z kolegą, który prowadził, a że trasa była trudna, a my - co tu się oszukiwać - raczej mało doświadczeni, każdy przejechany kilometr to była niesamowita walka… Mało tego w euforii, na jakimś zakręcie spadłem z platformy naszego pickupa i trochę się potłukłem. Jakiś tydzień, czy dwa później zauważyłem na posiniaczonym brzuchu jakąś wypukłość.

Pomyślałem, że to pewnie przepuklina po tych rajdowych przygodach. Niewiele wtedy miałem do czynienia ze służbą zdrowia, wiec wszedłem do Internetu i tam przeczytałem, że jest taka lecznica, która robi zabiegi na przepuklinę jakąś nowoczesną metodą i nie trzeba leżeć w szpitalu. Spodobało mi się to bardzo, ale niestety trzeba było mieć skierowanie do nich od chirurga. Więc poszedłem do prywatnego gabinetu. Niestety, przesympatyczny, starszy już mocno pan doktor, do którego się udałem, nie potwierdził moich podejrzeń i dał mi skierowanie do szpitala w Warszawie na ulicy Szaserów. Powiedział: - Niech oni to wytną i zbadają. Wtedy dopiero do mnie dotarło co się dzieje. W szpitalu nikt nie unikał słów takich jak rak, choroba nowotworowa, nowotwór.

Byłem wściekły, właśnie podpisałem duży kontrakt na cykl audycji jakich jeszcze nie było w telewizji. Po kilku latach pracy w radiu i gazecie trafiłem do stacji TVN, a miałem współpracować z dziennikarzami, których uwielbiałem i szanowałem: Grzegorzem Miecugowem i Marcinem Mellerem. Ja zostałem wybrany na trzeciego prowadzącego… Niesamowita szansa o jakiej marzyłem przez całe życie. I nagle, właśnie w takim momencie, ta wiadomość o mojej chorobie. Perfidia losu.

Operację zrobiono mi w znieczuleniu miejscowym, rozmawiałem z lekarzem, on nawet mi pokazał to co wyciął i wcale nie było ponuro, sporo żartowaliśmy. Po operacji zszedłem ze stołu i zwiałem. Kuśtykając wyszedłem do samochodu, uruchomiłem silnik i odjechałem. Na szczęście po drodze zgarnęli mnie rodzice i odwieźli do domu.

Diagnoza

Wynik badań miał być gotowy w dwa tygodnie. Był po trzech. W sekretariacie dostałem kartkę zapisaną niezrozumiałą dla mnie łaciną. Nie jest dobrze, pomyślałem. Zapytałem panią, która wręczyła mi wynik, co oznacza to rozpoznanie, ale mnie ofuknęła, żebym zapytał lekarza, a tak w ogóle to ona nie wie, ale powinienem pójść na onkologię. Pójść i co? Gdzieś się zgłosić, zapisać? Psiakrew, dostaję kartkę z wyrokiem, a oni mają to gdzieś, i każą mi biegać bez sensu po szpitalu.

To nie było zbyt miłe, ale najbardziej nieprzyjemny moment, związany i z chorobą, i z leczeniem miał się dopiero wydarzyć. Na korytarzu zatrzymałem lekarza (miał na sobie biały kitel i wyglądał na lekarza) i poprosiłem o pomoc, spytałem czy wie co mi jest. Facet, który wychodził z bloku, gdzie byłem operowany, spojrzał na wynik, na mnie i potem zaczął warczeć, wręcz wydzierać się, że powinienem pilnować swoich lekarzy, i żebym spytał lekarza który mnie operował. A ja nawet nie wiem kto to był, nie pamiętam żeby się przedstawił. Zresztą widziałem go tylko przez moment, w dodatku byłem nieco znieczulony...



Podziękowałem mu i zatrzymałem innego lekarza. On powiedział mi, że ta choroba ma coś wspólnego z chorobą nowotworową. Wtedy pojawił się ten poprzedni niemiły lekarz i powiedział: „No, pokarało pana”. Minęło sześć lat, a ja to pamiętam… I pamiętam że miałem ochotę mocno go uderzyć.

Leczenie

Z wynikami badań pojechałem do gabinetu chirurga, który wypisał mi skierowanie. Potwierdził chorobę nowotworową, ale więcej powiedzieć nie mógł. Zasugerował kilka dobrych ośrodków w naszym kraju, stanęło na Centrum Onkologicznym w Warszawie. I choć zawsze obawiałem się szpitali i z nich uciekałem, to całe leczenie, i przede wszystkim ludzi których tam spotkałem wspominam z wielką sympatią. Szef kliniki, dr Janusz Meder okazał się cudownym, wrażliwym lekarzem, niesamowicie skupionym na potrzebach i psychice pacjentów. Moja pani doktor, Barbara Brzeska też była fantastyczna. Ciepła, serdeczna, bardzo konkretna. Mimo że potwornie przemęczona, i niemal cały dzień na nogach zawsze mogłem na nią liczyć. I zacząłem leczenie, przez sześć miesięcy co dwa tygodnie silna chemioterapia, a potem kilka miesięcy radioterapia. Nigdy nie zapytałem nikogo, czy to się da wyleczyć. Nigdy też nie zapytałem, czy nie umrę.

Nie zapytałem też, jakie mam szanse na wyzdrowienie: 10 proc. 20, a może 30 proc. Zastanawialiśmy się potem z lekarzem czy to ze strachu? Przedziwne, ale nie. Ja się oddałem w ręce lekarzy, a postawa co ma być to będzie pojawiła się 30 sekund po przekroczeniu drzwi gabinetu. Zabiegi miałem w poniedziałki i zwykle po nich, po kilku godzinach z kroplówką, wracałem do domu. I kładłem się spać. Zacząłem leczenie we wrześniu, więc ku przerażeniu lekarzy przez pierwsze tygodnie przyjeżdżałem do szpitala motocyklem. Niektórzy patrzyli na mnie jak na wariata: choruje, i jeszcze ryzykuje życie na motocyklu! W myślach odpowiadałem, że choruję, więc teraz to ja się już niczego nie boję...

Reklama

Życie z chorobą

Równocześnie z leczeniem kręciłem odcinki programu dla TVN, nie przerywałem pracy. Dopiero pod koniec terapii niektórzy zauważyli, że trochę przerzedziły mi się włosy. Ale tylko trochę. Jednak większość nie zwróciła na to uwagi. Zaraz miały być wybory prezydenckie, a ja się nie dowiem kto wygrał Kaczyński, czy Tusk. A w październiku zaczną emitować nasze, nagrane wcześniej dla TVN programy motoryzacyjne, a ja ich nie zobaczę, bo umrę. To świństwo! Na szczęście po kuracji wyniki się poprawiły i jestem zdrowy. Już kilka lat. A korzyść z tej choroby jest taka, że jestem pod stałą opieką lekarską i raz w roku robię sobie wszystkie niezbędne badania, włącznie z tomografią lub rezonansem magnetycznym. Ale żyję i pracuję nadal szybko i intensywnie.