Do Dziecięcego Szpitala Klinicznego Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego trafiły już dzieci z Ukrainy. Z jakimi chorobami najczęściej trafiają?

Reklama

Dr Michał Wronowski: W zasadzie od pierwszych dni wojny zaczęły do nas trafiać dzieci ewakuowane ze szpitali w miejscowościach atakowanych przez wojska rosyjskie. Są to głównie dzieci z chorobami nowotworowymi, wymagające pilnej kontynuacji leczenia. Jakiekolwiek jego opóźnienie może stanowić zagrożenie zdrowia i życia. Dzieci z chorobami nowotworowymi często mają niedobory odporności, zarówno na skutek leczenia jak i samej choroby. Dlatego też leczenie w warunkach schronu czy piwnicy wiąże się dla nich z olbrzymim ryzykiem zakażeń.

Ilu takich małych pacjentów z Ukrainy trafiło do waszego szpitala?

W tej chwili mamy dziesiątkę, przy czym kilkoro dzieci było przekazanych do innych państw Unii Europejskiej celem kontynuacji leczenia. Ścieżka ta jest otwarta – Ministerstwo Zdrowia oraz NFZ koordynują relokację ciężko chorych pacjentów.

Oprócz pacjentów onkologicznych są jeszcze jacyś inni, z innymi schorzeniami?

Reklama

Tak, oczywiście, spotykamy się z całą paletą chorób – hospitalizowane były u nas dzieci z COVID-19, padaczką czy ciężką niedokrwistością. Nie każdy pacjent otrzymujący pomoc w naszym szpitalu wymaga hospitalizacji – część znajduje pomoc w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym.

Reklama

W jakim stanie psychicznym są dzieci uchodźców?

Bardzo różnym – przebywają u nas dzieci będące zarówno świadkami okrutnych wydarzeń wojennych jak i pacjenci, którzy ich jeszcze nie doświadczyli, ale zostali wyrwani ze swojej codzienności. Każdy z naszych pacjentów przeżywa ogromny stres. Rodziny są często rozdzielone – ojcowie pozostają na Ukrainie uczestnicząc w walce z rosyjskim agresorem – trudno sobie wyobrazić z jak olbrzymim lękiem może się to wiązać. Obawiamy się, że ciężkie przeżycia mogą wpłynąć na całe życie naszych pacjentów – staramy się udzielić im pomocy, aby nie rozwinęły zespołu stresu pourazowego.

Jak się dogadujecie z tymi dziećmi?

Mamy wsparcie tłumaczy i wolontariuszy, którzy oferują pomoc w tłumaczeniu. Szczęśliwie ukraiński jest na tyle podobny do polskiego, że często jesteśmy się w stanie przekazać proste informacje. Niewątpliwie wspomagają nas także translatory zainstalowane na telefonach komórkowych – korzystamy z nich przy tłumaczeniu dokumentacji medycznej pacjentów.

Myśleliście państwo o tym, żeby udostępnić pacjentom z Ukrainy lekcje w ich języku, jakie są dostępne na YT – są tam umieszczane np. dzięki Kujawsko-Pomorskiej Szkole Internetowej.

Jest to jedno z wielu wyzwań, przed którymi stoimy. Część dzieci wymaga długotrwałej hospitalizacji – dlatego też namiastka codziennego życia chociażby poprzez uczestnictwo w zajęciach szkolnych ma kolosalne znaczenie dla ich samopoczucia. Część rodziców stara się organizować naukę swoich pociech w polskich szkołach – oczywiście dotyczy to tych dzieci, które będzie można leczyć w przyszłości ambulatoryjnie.

Czy rodzice pacjentów z Ukrainy mogą przebywać ze swoimi dziećmi w szpitalu?

Jak najbardziej, w szpitalu dziecięcym rodzic ma prawo być przy swoim dziecku 24 godziny na dobę – niezależnie czy jest to choroba zakaźna, czy nowotworowa. Dzieci potrzebują obecności i opieki osoby najbliższej. Stwarzamy też ku temu odpowiednie, godne warunki. Dzięki wsparciu Fundacji Ronalda McDonalda żaden rodzic nie śpi w naszym szpitalu na podłodze – oddziały zostały wyposażone w wygodne leżanki, pościel dla opiekunów, nowoczesną kuchnię. Dla pacjentów w szczególnie trudnej sytuacji, wymagających hospitalizacji z dala od swojego domu możliwe jest także zakwaterowanie w Domu Ronalda McDonalda – całkowicie bezpłatne.

Czy zapadł panu w pamięci jakiś przypadek pacjenta, który szczególnie pana poruszył?

Myślę, że pierwszy kontakt z pacjentem zmuszonym do ucieczki ze swojego kraju jest trudny. Nie dość, że są to dzieci dotknięte niejednokrotnie ciężką chorobą, to przeżywają stres związany z działaniami wojennymi, poczuciem zagrożenia życia, straty – wszystko to jest niewyobrażalnie smutne.

Czego potrzebujecie, czy można wam w jakiś sposób pomóc?

Nasz szpital otrzymał olbrzymie wsparcie od wielu darczyńców – zarówno osób prywatnych jak i firm. Zostaliśmy wyposażeni w ogrom środków higienicznych, żywności, ale też ubrań, które możemy przekazywać najbardziej potrzebującym – często pacjenci uciekający przed rosyjskim agresorem zabrali ze sobą jedną małą torbę. Myślę, że najtrudniejsze jest przed nami, ważne, aby zachować naszą empatię i zrozumienie na kolejne miesiące. Powinniśmy liczyć się z tym, że uciekające przed wojną dzieci staną się pacjentami naszych szpitali lub przychodni, będą chodzić do klasy z naszymi pociechami.

Czy spotkał się pan z jakimiś negatywnymi reakcjami, że np. mali Ukraińcy zajmują miejsca w szpitalu polskim dzieciom?

Nie, nie doświadczyliśmy takich reakcji. Nie zdarza się przecież, aby dziecko, które wymaga pobytu w szpitalu nie zostało do niego przyjęte. W naszym oddziale spotykamy się z życzliwym podejściem innych rodziców do uchodźców, to wzruszające. Zapewne z biegiem czasu ujawnią się jednak pewne napięcia – jest to nieuniknione przy tak olbrzymiej ilości różnych potrzeb. Pytanie czy chcielibyśmy uzyskać pomoc, jeśli sami doświadczylibyśmy wojny – zapewne liczylibyśmy wtedy na otwartość, życzliwość i empatię.

Rozmawiała: Mira Suchodolska