Ostatnio zadzwonili do nas z innego szpitala, szukali miejsca, bo im się skończył tlen – mówi jeden z lekarzy szpitala opiekującego się chorymi z COVID-19. U nich na szczęście jeszcze go nie brakuje. Ale podają go tak dużo, że instalacje są przeciążone. – Jeśli dojdzie do ich uszkodzenia, nagle jakaś liczba pacjentów zostanie pozbawiona dostępu do niego – mówi nasz rozmówca.

Reklama

Zachorowania na COVID-19 gwałtownie zwiększyły zapotrzebowanie na tlen i ujawniły potencjalne kłopoty z zaopatrzeniem w ten gaz szpitali. – Możliwy problem mieliśmy zdiagnozowany dawno – podkreśla jeden z naszych rozmówców. Tyle że zgodnie – i od rządu, i od firm – słychać, że problemem nie jest sam zasób surowca. Firmy go dostarczające sygnalizują, że ciągle mają możliwość zwiększenia dostaw, co zresztą robią. Przykładem jest PKN Orlen, który dostarcza tlen techniczny producentom tlenu medycznego. – W związku z naszym zaangażowaniem w walkę z koronawirusem maksymalnie zwiększyliśmy jego produkcję, uzyskując trzykrotnie większe wolumeny – informuje Katarzyna Zasada z biura prasowego państwowej spółki.

Wąskie gardła pojawiają się w innych miejscach. Problemem jest tlen medyczny. – On jest autoryzowany przez wyspecjalizowane podmioty i to jest właśnie kłopot. One mogą nie nadążyć z tym procesem – podkreśla nasz rozmówca z rządu. Pojawiały się pomysły, jak temu zaradzić. – Rząd ma wesprzeć instytucje zajmujące się kwalifikacją tlenu do zastosowań medycznych w pozyskaniu dodatkowych urządzeń, by zwiększyć ich możliwości – mówi nasz rozmówca. A jednocześnie zastanawia się nad liberalizacją prawnych unormowań całego procesu i wymogów tak, by w maksymalny sposób zwiększyć dostęp do tlenu medycznego. Tym bardziej, że dostępny jest gaz do zastosowań przemysłowych (np. spawania) i w rządzie pojawiały się już pomysły na zmianę prawa, by w sytuacjach awaryjnych móc korzystać także z butli z tym gazem. – Tlenu nie brak, najwyżej będzie bez atestu – podkreśla nasz rozmówca.

Nie wszyscy w obozie władzy chwalą ten pomysł. – Liberalizacja procedur to głupi pomysł. Wystarczy, że jedna taka butla walnie w jakimś szpitalu, to rząd upadnie – przestrzega polityk PiS.

W karetkach butla powinna wystarczyć na 3–4 pacjentów, ale korki przed SOR-ami i wielogodzinne oczekiwanie powodują, że wyczerpują się one szybciej. – Mamy tak duże zużycie, że nie nadążamy z ich zamawianiem – mówi jedna z ratowniczek.

Zdaniem producentów i szpitali to kwestia logistyki. Liczba butli małych i dużych, w których jest dostarczany tlen, jest ograniczona na rynku, bo jest dostosowana do potrzeb sprzed epidemii. Tymczasem, jak informują szpitale, popyt jest obecnie o około 25–35 proc. większy. I to nie wynika tylko z powodu rosnącej liczby pacjentów zarażonych COVID-19, ale też z potrzeb innych chorych, w tym głównie tych z problemami kardiologicznymi, których też przybywa. Jak mówią szpitale, największe kłopoty są z tlenem dostępnym w małych butlach, które otrzymuje pacjent transportowany z jednego miejsca do drugiego.

Wpierw przypięto mnie do ściany z tlenem, ale praktycznie nic z niej nie płynęło. Potem się zorientowali, że jest jakiś techniczny problem – opowiada nam jeden z parlamentarzystów, chory na COVID-19. – Raz dają butlę, która wystarcza na 4 godziny, innym razem na 12, a kolejnym razem na 2. To duża operacja logistyczna, a główny problem polega na tym, by zapewnić stabilizację na OIOM-ach – opowiada nam jeden z pacjentów. – Dlatego tak ważne jest zwiększenie rotacji tego rodzaju opakowań. Ustaliliśmy z naszym dostawcą tlenu, że będziemy częściej raportować stan wolnych butli, by ten mógł je częściej odbierać do napełnienia – wyjaśnia Piotr Gołaszewski, rzecznik Mazowieckiego Szpitala Bródnowskiego. Choć nie da się ukryć, że są szpitale, gdzie występuje zupełny brak tlenu. Mowa jednak o tych placówkach, które do tej pory nie musiały stosować przy leczeniu tlenoterapii, a teraz jest ona konieczna, bo powstały u nich łóżka dla pacjentów z koronawirusem.

Wiceminister zdrowia Sławomir Gadomski wskazuje, że problemem jest szybkie przystosowanie infrastruktury szpitalnej. – W normalnych warunkach odbywała się cała procedura związana z wyborem wykonawcy czy uzyskiwaniem pozwoleń. Teraz jest to trochę prostsze, ale nic nie dzieje się z dnia na dzień. Szpitale pieniądze na inwestycje dostają już od wiosny – tłumaczy. Cieniem się kładzie także "wiek" szpitali. – Zdarza się też czasem tak, że przy dużym obłożeniu infrastruktury tlenowej i dużej liczbie respiratorów pojawiają się problemy ze starą instalacją elektryczną. Były przypadki, kiedy przy nowej instalacji tlenowej padała cała elektryczna. Takie lokalne problemy mogą występować, a niektóre stare szpitale nie mogą prowadzić tlenoterapii na centralnej instalacji – podsumowuje Gadomski.

Te przygotowania wpisują się w spodziewaną rosnącą falę zachorowań na koronawirusa. Wczoraj było ponad 19,3 tys. nowych przypadków. To blisko granicy wydolności naszej ochrony zdrowia. Tak przynajmniej wynika z relacji jednego z uczestników poniedziałkowego spotkania przedstawicieli części opozycji z premierem. – Pokazano prezentację z różnymi wariantami działań. Jeśli mamy do 5 tys. zakażeń, to ochrona zdrowia działa sprawnie i problemu nie ma. W przedziale 5–20 tys. wprowadzamy ograniczenia, zmieniamy strukturę szpitali, ale uznajemy, że sytuacja jest pod kontrolą. Jeśli mamy powyżej 20 tys. zakażeń, mamy wariant "ratuj się, kto może", oznaczający chaos w służbie zdrowia i konieczność ostrych ruchów ze strony rządu. Z tego względu należy się liczyć z dalszymi obostrzeniami, a może nawet lockdownem – opowiada nasz rozmówca. Jak dodaje, w kuluarach, na poziomie doradców premiera, mówi się o możliwości wprowadzenia stanu nadzwyczajnego w formule zregionalizowanej. A jeśli nie stan nadzwyczajny, to jakiś jego praktyczny odpowiednik.