Koniec z czarnym rynkiem soli – mówią urzędnicy Ministerstwa Zdrowia. I łagodzą rygory dotyczące produktów w sklepikach szkolnych. Zamiast napojów bez cukru lub słodzonych miodem dopuszczalny będzie kubek herbaty lub kawy z dwoma kostkami cukru. – Szkoda – oceniają eksperci i dodają, że zmiany zaczynały już przynosić pozytywne efekty.

Reklama

We wrześniu 2015 r. weszły w życie nowe przepisy wyznaczające, co młodzież może kupić w sklepikach znajdujących się na terenie szkoły. Wywołało to burzę: rodzice i dzieci protestowali. Teraz resort zdrowia luzuje wymagania.

Zmiany, jakie proponuje, to zwiększenie dozwolonej ilości cukru i soli w produktach. Wcześniej zasada była bardzo jasna: kompletny zakaz dosładzania (oprócz miodu) i dosalania. Tylko przy niektórych produktach dopuszczano do 10 g cukru na 100 g/ml produktu lub napoju. Teraz będzie dozwolone o 50 proc. więcej, bo 15 g. Dopuszczalna zawartość soli zwiększy się dziesięciokrotnie – z 0,12 do nawet 1,2 gramów.

Różnica jest też taka, że wcześniej była drobiazgowo opisana lista dostępnych produktów w sklepikach bądź tych, z których mogą być przygotowywane posiłki w szkołach lub przedszkolach. Teraz będzie dowolność. Autorzy przepisów już nie wskazują, co wolno, a czego nie, tylko np. proponują niedosładzanie musów owocowych, wskazują, że warto zamienić tłuste sosy majonezowe na jogurtowe, czy sugerują, że powinno się zamienić sól na przyprawy ziołowe. Przy doborze pieczywa resort zdrowia w uzasadnieniu tłumaczy, że „brak zdefiniowanych kryteriów dla tej grupy środków spożywczych stwarza możliwość samodzielnej oceny wartości odżywczej katalogu produktów zbożowych, a tym samym kształtowania świadomych wyborów żywieniowych”.

Zdaniem ekspertów zostawienie takiej dowolności jest niewskazane. – Już teraz są przekraczane normy, a istnieje ryzyko, że pod rządami nowej regulacji cukru w potrawach będzie o wiele więcej – podkreśla Hanna Stolińska, dietetyczka z Instytutu Żywności i Żywienia. Z doświadczeń instytutu wynika, że zarówno osoby przygotowujące posiłki, jak i dzieci powoli zaczęły przyzwyczajać się do wprowadzonych jesienią zmian.

Zadowoleni są natomiast producenci. Według nich dzieci przestały jeść obiady. – Jeżeli będą smaczniejsze, jest szansa, że trend się zmieni – uważa Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności. – Wrócą produkty takie jak soki warzywne, owocowe, które, choć zdrowe, zostały wyeliminowane, bo nie spełniały rygorystycznych kryteriów ustawy – dodaje. Producentów cieszy przede wszystkim to, że ministerstwo odeszło od „aptekarskich wyliczeń” dotyczących każdego z produktów, co utrudniało współpracę ze sklepikami i stołówkami. Czasem nie spełniały jednej z wytycznych i już nie mogły wejść do sprzedaży.

Przełomem jest też dopuszczenie wyrobów cukierniczych. Drożdżówki stały się symbolem walki z przepisami. Teraz wracają, tylko mają spełniać określone wymogi i być zdrowe. Na razie trwa proces opracowania smacznego i spełniającego wymagania nadzienia. Nie jest to łatwe: urzędnicy ministerstwa, którzy próbowali wstępnych wersji nowej drożdżówki, uznali ją za smaczną. Innego zdania są uczniowie jednej z podstawówek, w której odbywają się testy drożdżówki. – Krzywili się – przyznaje Bronisław Wesołowski, prezes Stowarzyszenia Naukowo-Technicznego Inżynierów i Techników Przemysłu Spożywczego. Ostatecznie z czterech nadzień największą aprobatę zyskało jagodowo-winogronowe. W planach jest także zdrowa drożdżówka czekoladowa.

Resort zdrowia chce, by „radziwiłłówka” (jak już została nazwana) była dostępna dla wszystkich. To oznacza, że z przepisu mógłby korzystać każdy cukiernik, który miałby na to ochotę. – Produkcja i skład są bardzo skomplikowane, wymagają m.in. nietypowych składników – podkreśla Wesołowski. Dlatego stowarzyszenie chce przekonać resort, by tylko jedna firma robiła komponenty do drożdżówki. Od niej mogliby natomiast kupować wszyscy. To ma gwarantować niezmienność receptury. Rozmowy trwają. Projekt rozporządzenia w piątek trafi do konsultacji zewnętrznych.