Co sprawia, że umieralność na raka jelita grubego jest tak wysoka?

Reklama
Materiały prasowe
Jest to pokłosie dwóch zjawisk. Po pierwsze: wynika z dużej zachorowalności. Rak jelita grubego od lat jest w pierwszej trójce najczęstszych nowotworów, obok raka płuca i raka piersi. To choroba „lifestylowa”. Ma związek z dietą bogatą w produkty wysoko przetworzone i czerwone mięso, piciem nadmiernej ilości alkoholu, paleniem papierosów, otyłością, brakiem aktywności fizycznej. Druga sprawa to zbyt późna diagnoza. Tutaj kluczową rolę odgrywają badania przesiewowe, a właściwie niska zgłaszalność pacjentów na te badania. Kolonoskopię w programie badań przesiewowych wykonuje się od 50. roku życia, a w przypadku obciążenia rodzinnego nawet od 40. Pozwala ona wykryć zarówno stany przednowotworowe, jak i raki przedinwazyjne. W tym sensie można powiedzieć, że badanie to leczy z nowotworów. To najlepszy mechanizm redukcji ryzyka zgonów na raka jelita grubego. Mniej inwazyjną metodą skriningową jest regularne badanie kału na krew utajoną. Oczywiście, jeżeli wyjdzie ono pozytywnie, to i tak konieczne jest wykonanie kolonoskopii w celu potwierdzenia diagnozy. Badanie to powinno być raczej zarezerowane dla osób, które nie godzą się z poddaniem się kolonoskopii.

Co w przypadku, gdy pacjent usłyszy diagnozę: rak jelita grubego?

Na wczesnym etapie możliwe jest chirurgiczne usunięcie nowotworu i ewentualnie zastosowanie przez 3-6 miesięcy chemioterapii, która poprawia rokowanie i zmniejsza ryzyko nawrotu choroby. Niestety, w przypadku wykrycia raka w zaawansowanym stadium konieczne jest zastosowanie chemioterapii o założeniu paliatywnym, która ma za zadanie powstrzymać postęp choroby. Jest to leczenie długotrwałe, w przeciągu wielu miesięcy, a obecnie często także w czasie liczonym w latach, obejmuje 20, czy niekiedy nawet 40 kursów chemioterapii.

Jak wyglądają jej schematy?

Są one powiązane z długotrwałą ekspozycją na leki, podawane w postaci tabletek lub wlewów, trwających ok. 48 godzin. Do tej pory w większości przypadków wlewy były podawane wyłącznie w warunkach szpitalnych. Od niedawna możliwe jest stosowanie chemioterapii w warunkach domowych. Nie jest to jednak metoda nowa. W Narodowym Instytucie Onkologii - a wcześniej Centrum Onkologii - jest ona stosowana od ponad 15 lat. Innowacja polega na tym, że od roku jest to świadczenie gwarantowane i refundowane przez NFZ. Od lutego bieżącego roku refundowana jest również chemioterapia domowa w połączeniu z lekami celowanymi.

Na czym polega domowa chemioterapia?

U chorych, u których bezpieczne jest podawanie leków onkologicznych poza szpitalem, w górnej części klatki piersiowej zakładany jest specjalny dostęp naczyniowy (tzw. port). Za pomocą wpinanej do niego igły podłączana jest mała buteleczka, w której znajduje się balon pod ciśnieniem wykonany z bardzo grubej gumy (tzw. pompa elastomeryczna). Zawiera on mikroskopijny otworek, przez który w sposób kontrolowany wypływa w ciągu godziny od 1 do 5 ml roztworu leku (5-fluorouracylu). Jest to bardzo prosta technologia, która praktycznie nie ma prawa nie zadziałać. Wlew - podobnie jak w szpitalu - trwa dwie doby, ale odbywa się w warunkach bardziej komfortowych dla pacjenta.

Czy są jakieś ograniczenia dla stosowania takiego leczenia?

Takie same jak w przypadku każdej chemioterapii raka jelita grubego. Głównym zagrożeniem jest wystąpienie objawów choroby niedokrwiennej serca. Wówczas wlew należy przerwać. W naszej Klinice ograniczyliśmy takie zdarzenia do minimum w bardzo prosty sposób. Każdy pacjent z istotną współistniejącą chorobą serca przed zastosowaniem wlewów przechodzi konsultację kardiologiczną. Dzięki temu w ostatnim okresie raportowania nie zdarzyło się ani jedno nagłe przyjęcie z przyczyn kardiologicznych u chorych w trakcie domowej chemioterapii.

Obecnie stosowanie infuzorów przy chemioterapii jest dostępne dla wszystkich pacjentów w ramach programu lekowego. W jaki sposób wpłynęło to na komfort życia pacjentów?

To dość proste – najlepszym miejsce pobytu chorego jest jego własne środowisko życia. Nie zdarzyło mi się jeszcze, żeby pacjent po przetestowaniu tego rozwiązania, chciał wrócić do chemioterapii podawanej w warunkach szpitalnych. Chorzy często powtarzają, że nie wyobrażali sobie, że życie podczas leczenia onkologicznego może być tak normalne. Odpowiednie oklejenie igły pozwala nawet na wzięcie prysznica podczas chemioterapii. Infuzor, który bez problemu można ukryć pod luźnym ubraniem, pozwala podczas aktywnego leczenia na wyjście z domu - na spotkanie towarzyskie czy nawet do pracy. Nie trzeba zwalniać czy zatrzymywać życia. Dla porównania chemioterapia w raku jelita grubego realizowana w warunkach szpitalnych wymaga w ciagu roku dwudziestu 3-dniowych pobytów na oddziale. Z tego też powodu zaskakuje mnie jak wielu pacjentów z rakiem jelita grubego jest wciąż leczonych w szpitalach. Zresztą nie dotyczy to tylko tego jednego nowotworu, bowiem infuzory można stosować również w raku żołądka, przełyku, trzustki czy w trakcie radiochemioterapii nowotworów przewodu pokarmowego. Grupa nowotworów, które można w ten sposób leczyć jest bardzo liczna - stanowi 1/4 populacji pacjentów onkologicznych poddawanych terapii w polskim systemie ochrony zdrowia. Uwolnienie 25 proc. łóżek, a tym samym kadry na oddziałach onkologicznych, pozwoliłoby m.in. zminimalizować kolejki do lekarzy specjalistów.

Jak istotna w czasie pandemii COVID-19 jest możliwość stosowania chemioterapii w warunkach domowych?

Przede wszystkim w przypadku domowej chemioterapii pandemia praktycznie nie zakłóca cyklu leczenia. Poza tym zmniejsza konieczność kontaktów między chorymi, a także chorych z personelem szpitalnym, a tym samym niweluje ryzyko transmisji wirusa. Mam wrażenie, że obecnie podstawowym powodem niestosowania infuzorów - poza irracjonalnym lękiem - jest korzystna wycena hospitalizacji.

_______________________________________________________________________________________________________
Komentarz pacjenta:
„Skuteczna terapia onkologiczna nie musi być prowadzona wyłącznie w warunkach szpitalnych. Możliwość normalnego funkcjonowania w trakcie chemioterapii jest dla pacjenta ważna. W ciągu ostatnich 6 lat leczenia spędziłem około 100 dni na ciągłych wlewach leków onkologicznych. Dzięki stosowaniu infuzorów, lecząc się tu nie musiałem spędzić choćby jednej nocy w szpitalu. W trakcie terapii normalnie pracuję i spędzam czas z rodziną” – Sławomir Cichocki, pacjent z Warszawy
Artykuł powstał w ramach kampanii „Dłuższe życie z rakiem”, realizowanej przez portal www.pacjentilekarz.pl