Od siedmiu lat nie ma obowiązku monitorowania wszawicy. W 2008 r. została ona wykreślona z rejestru chorób zakaźnych. Jeszcze w 2006 r. sanepid odnotował 524 przypadki. Obecnie danych na ten temat dostarcza głównie rynek preparatów służących do walki z pasożytami. Producenci deklarują, że rozwija się on bardzo dynamicznie. – Notujemy dwucyfrowe tempo wzrostu popytu na nasze wyroby. W zeszłym roku oraz na początku tego w skali miesiąca sprzedawaliśmy już kilkadziesiąt tysięcy preparatów – wylicza pracownik spółki Scan-Anida będącej dystrybutorem jednego z preparatów.

Dwucyfrowe przyrosty deklaruje również firma Omega Pharma, producent marki Paranit. Nie ujawnia jednak liczb. Obecnie do nabycia w aptekach jest 17 różnych preparatów.

O tendencji wzrostowej świadczą także dane z ZUS – coraz więcej osób bierze zwolnienie chorobowe z powodu wszawicy. W pierwszym półroczu tego roku ZUS naliczył już 244 dni nieobecności, czyli niemal tyle, ile w całym 2012 r. (245 dni). Dla porównania w roku ubiegłym absencja wyniosła 441 dni.

I choć liczby te nie są duże, lekarze uznają je za wiarygodny wskaźnik obrazujący skalę zjawiska. – W ostatniej dekadzie problem jest coraz wyraźniejszy – przyznaje Marianna Tumasz, pediatra i lekarz rodzinny z Gdańska. Współpracuje z jednym z przedszkoli. Dyrekcja placówki, kiedy dostrzega kłopot, prosi lekarza i pielęgniarki o pomoc. W przypadku wykrycia pasożytów rodzice otrzymują zalecenia, jak się ich pozbyć. W tym przypadku przedszkole ma już opracowaną metodę: rodzice podpisują zgodę na przegląd głów ich dzieci. Bez takiego dokumentu nie ma możliwości działania.

Konieczność uzyskania zgody na przegląd to jeden z głównych powodów, dla których problem narasta. Do 2004 r. szkolne pielęgniarki miały prawo kontrolować czystość uczniów – paznokci, ubrań i głów. 11 lat temu Instytut Matki i Dziecka uznał, że takie praktyki to pogwałcenie praw dziecka. Od tego czasu potrzebna jest zgoda rodziców. Z tym jest jednak kłopot. Po pierwsze nie wszyscy się zgadzają, po drugie nie zawsze jest odpowiednia opieka medyczna w szkole. Tymczasem aby wygrać z wszawicą, należy działać w tym samym momencie. – Jeżeli u jednego dziecka zostanie wykryty pasożyt, bardzo szybko rozprzestrzenia się na resztę – tłumaczy Ryszard Sebesta, biolog zajmujący się wszami.

Kolejnym powodem powszechności wszawicy jest wstydliwość choroby. W efekcie w tych „lepszych” szkołach – często prywatnych czy społecznych – dyrekcja niechętnie mówi o problemie. – Wszystkie badania potwierdzają, że mitem jest to, że wszy lubią brud czy tłuste włosy. Nie mają znaczenia ani kolor, ani struktura włosów czy też utrzymywanie czystości. Z łatwością przenoszą się z głowy na głowę, wystarczy jeden zakażony – tłumaczy Sebesta. Liczy się przede wszystkim równoczesne i szybkie działanie. Czystość ma jednak znaczenie. Przy wszach cała rodzina musi przejść leczenie. Wyczyszczone muszą zostać także czapki, płaszcze, grzebienie (te można wsadzić do zamrażarki) czy pościel i poduszki.

Kolejną przyczyną choroby jest jej uodpornienie się na preparaty. Jak tłumaczy Sebesta, większość pasożytów zdobyła genetyczną odporność na pestycydy, którymi je zwalczano. Z badań amerykańskich wynikało, że nawet 60 proc. z nich jest uodpornionych. Trzeba więc szukać nowych metod zwalczania.

Sanepid przyznaje, że ma związane ręce. Od kiedy wszawica nie jest chorobą zakaźną, nie podlega rejestracji. Zdaniem Anny Obuchowicz z gdańskiej stacji epidemiologicznej powinny zostać wprowadzone rozwiązania pomagające nadzorować problem.