Protest głodujących lekarzy rezydentów zakończył się, ale teraz będą wypowiadać klauzule opt-out.

Nie ma łatwego sposobu na rozwiązanie tego problemu. Żądania rezydentów są słuszne. Nie można ich ignorować, bo lekarzy już brakuje na rynku. Powstaje jednak pytanie, w jaki sposób zrealizować te postulaty.

Postawa medyków to efekt lekceważenia problemów służby zdrowia przez polityków.

Nie powiedziałabym, że ktoś akurat tę kwestię celowo lekceważył. Ale prawdą jest również to, że problemy służby zdrowia nie znalazły się wśród priorytetów żadnego z rządów. Dziś również nie są priorytetem.

Minister zdrowia zaproponował rezydentom podwyżki. Powstał specjalny zespół, rząd przygotował projekt ustawy zwiększający nakłady na ochronę zdrowia. Protestujący powinni przyjąć takie warunki?

Podobnie jak było w przypadku położnych i pielęgniarek, może warto się zastanowić nad wzrostem wynagrodzeń rozłożonym w rozsądnym czasie. Rozmowy w sprawie postulatów strajkujących rozpoczęły się już także na forum Rady Dialogu Społecznego i sama w nich uczestniczę, ale to dopiero początek.

Może lekarze powinni odpracowywać swoje studia? Ograniczyłoby to wyjazdy do pracy za granicę.

Takie myślenie wiedzie w ślepy zaułek. Skoro lekarze mieliby odpracowywać czas studiów, to dlaczego nie studenci innych deficytowych kierunków?

Bo tylko lekarzom państwo zapewnia płatny staż i rezydenturę.

Tylko że w innych zawodach po studiach można zacząć normalną pracę, bo jest się w pełni wykwalifikowanym pracownikiem. W medycynie po sześcioletnich studiach następuje sześć lat specjalizacji. Skoro taki człowiek nie może być jeszcze w pełni samodzielnym lekarzem, to trzeba go wesprzeć w nauce oraz pomóc mu w zdobyciu doświadczenia. Na etacie rezydenckim młody lekarz może zarobić maksymalnie 3890 zł brutto. Przy obecnej sytuacji na rynku pracy, gdzie brakuje pracowników, takie zarobki są oferowane osobom ze znacznie niższymi kwalifikacjami.

Protest rezydentów jak w soczewce pokazuje problem całego systemu lecznictwa – braku pieniędzy. Z jednej strony mówi się o podwyższeniu nakładów, z drugiej, nie ma zgody na taki wzrost.

Mamy kolejny rząd, który nie traktuje zdrowia jako priorytetu. W tym roku ochrona zdrowia przegrała z edukacją i obronnością. Pokutuje też przekonanie, że niezależnie od tego, ile pieniędzy do niego trafi, to zawsze będzie za mało, albo zostaną źle wydane. Tymczasem deficyt ciągle rośnie i dodatkowe środki na pewno potrzebne są od zaraz, ale należy je przeznaczyć na realizację konkretnych zadań i osiągnięcie dobrze zdefiniowanych celów. Nie powinno bowiem być tak, że dosypujemy pieniędzy do systemu bez jednoczesnego sprecyzowania, co i w jakim czasie chcielibyśmy dzięki temu osiągnąć.

Teraz jest chociaż presja ze strony rezydentów.

Ale realizacja ich postulatów wymaga decyzji. Zwiększone nakłady mogą się pojawić dzięki podwyżce składki zdrowotnej, dedykowaniu celowych funduszy na zaspokojenie konkretnych potrzeb zdrowotnych; wynikać z uszczelniania i lepszego zarządzania systemem, jak i wprowadzenia prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych czy współpłacenia. Nic lepszego nie wymyślimy. Permanentny brak pieniędzy prowadzi do degradacji systemu. Brakuje myślenia proefektywnościowego – nie widać go w nowych projektach wychodzących z resortu zdrowia. Pamiętajmy również, że nakłady na służbę zdrowia już dziś są zarówno publiczne, jak i prywatne. Od wielu lat nikt nie bierze takiego rozróżnienia pod uwagę. Nawet jeżeli mówimy, że 30 proc. wydatków na zdrowie pochodzi z prywatnych kieszeni, to i tak nikt nie chce tego ucywilizować, ubrać w odpowiednie ramy. Płacimy za jednorazowe usługi medyczne, w formie różnych produktów abonamentowych bądź ubezpieczeniowych, ale każdy indywidualnie. Należałoby do tego podejść w sposób skoordynowany, tak aby publiczne i prywatne finansowanie wzajemnie się uzupełniało. Nasze społeczeństwo się starzeje, co powoduje, że rosną nasze potrzeby zdrowotne, a zarazem maleje liczba osób w wieku produkcyjnym, czyli tych, którzy finansują państwo płacąc podatki i składki.

Równolegle rosną koszty medyczne, bo korzystamy z coraz bardziej wyszukanych metod leczenia i coraz bardziej zaawansowanego sprzętu.

Całkowicie darmowa opieka medyczna dla wszystkich jest nie do utrzymania. Już zresztą jest ona fikcją, skoro pacjenci tak dużo wydają z własnej kieszeni. Powinniśmy spojrzeć prawdzie w oczy i zabezpieczyć obywateli gorzej sytuowanych, a jednocześnie pozwolić by osoby, które na to stać, częściowo przejęły finansowanie swojej opieki medycznej poprzez prywatne ubezpieczenia zdrowotne. Potrzebne są zmiany systemowe trwale zwiększające finansowanie systemu ochrony zdrowia i moim zdaniem ważne, by uwzględniały one współodpowiedzialność obywateli za ich własne zdrowie. Jednym z takich rozwiązań są właśnie prywatne ubezpieczenia zdrowotne. Warto podkreślić, że są różne formy takich ubezpieczeń. Ważna jest ich skala – by ubezpieczenia miały sens muszą mieć charakter powszechny, masowy. Wtedy przy stosunkowo niewielkiej składce można osiągnąć duże korzyści finansowe dla systemu, co z kolei dla pacjenta oznacza lepszą jakość usług medycznych i ich większą dostępność.

Sektor prywatny nie jest partnerem do rozmów dla ministra zdrowia – tak mówiła pani w jednym z wywiadów.

Chcemy być partnerem, ale decydenci nie zawsze chcą z nami rozmawiać.

Jest gorzej niż było?

Nie jest, ale czy o to chodzi? Nie jest przede wszystkim lepiej. Nie ma co się oszukiwać, dla ministra zdrowia parterem do rozmów są przede wszystkim przedstawiciele sektora publicznego.

Jest pani szefową największej prywatnej firmy medycznej w Polsce, do tego wiceprezydentem Pracodawców RP, i nie jest parterem do rozmów dla ministra zdrowia?

Biorę aktywny udział w pracach zespołu ds. usług publicznych w ramach Rady Dialogu Społecznego, jestem też członkiem Rady ds. Zdrowia Publicznego i wszędzie tam jakiś dialog trwa. Jednak słyszalność naszego głosu jest dość ograniczona.

Jest pani szefową największej prywatnej firmy medycznej w Polsce, do tego wiceprezydentem Pracodawców RP, i nie jest parterem do rozmów z ministrem zdrowia?

Biorę aktywny udział w pracach zespołu ds. usług publicznych w ramach Rady Dialogu Społecznego, jestem też członkiem Rady ds. Zdrowia Publicznego i wszędzie tam jakiś dialog trwa. Jednak słyszalność naszego głosu jest dość ograniczona.

Czy jest brany pod uwagę?

Niestety nie zawsze.

Wasze uwagi nie są uwzględniane?

To zależy od przedmiotu dialogu z resortem zdrowia. Przy procedowaniu np. ustawy o sieci szpitali (przepisy weszły w życie 1 października – red.), która miała głównie zadbać o interesy publicznych lecznic, nasz głos nie był brany pod uwagę. W rezultacie w sieci jest niewiele podmiotów rzeczywiście prywatnych – 59 szpitali.

W czym państwa wysłuchano?

Zdecydowanie na plus mogę zaliczyć dialog w sprawach związanych z e-zdrowiem – tu współpraca wygląda naprawdę dobrze.

Lux Med na sieci nie stracił. Weszły do niej wszystkie placówki onkologiczne.

LUX MED ma w sumie siedem szpitali, z czego trzy – onkologiczne – znalazły się w sieci, bo w Polsce brakuje placówek onkologicznych i wieloprofilowych. Zdecydowana większość szpitali prywatnych, które znalazły się w sieci, to jednostki publiczne, które wcześniej zostały skomercjalizowane. Poza nimi w sieci znalazło się naprawdę niewiele placówek niepublicznych. Wypadły na przykład te wykonujące procedury jednodniowe. Teraz ich los zależy od tego, jak potoczy się proces kontraktowania świadczeń zdrowotnych przez NFZ.

Gdy w jakimś regionie zabraknie pieniędzy na kontraktowanie świadczeń, np. rehabilitacji, to do prywatnych placówek trafi więcej pacjentów. To źle?

Tylko czy będziemy w stanie poradzić sobie z tym popytem, choćby w związku z brakiem personelu medycznego.

Ilu chorych są państwo gotowi przyjąć, aby utrzymać efektywność bez kolejek?

Trudno mówić o konkretnym progu, natomiast dużym wyzwaniem są niektóre specjalizacje.

Kolejkowa klątwa dosięgła również państwa?

To zależy od specjalizacji. W przypadku rzadkich i wąskich na wizytę trzeba czekać od pięciu dni do miesiąca. Zbyt wąskie specjalizacje to zresztą jedna z bolączek naszego systemu. Kiedyś w ogóle nie wymagaliśmy skierowań do specjalistów, ale okazało się, że nie da się wydolnie przyjmować nowych pacjentów, utrzymując tę praktykę.

Co spowodowało tak duży popyt?

Takie mamy nawyki z przeszłości. Przez wiele lat pacjent miał łatwy dostęp do lekarza. Teraz, gdy społeczeństwo się starzeje, nie da się już tego utrzymać bez zmiany podejścia do planowania usług i wykorzystania nowoczesnych technologii, np. telekonsultacji. Wiele problemów zdrowotnych jest skutecznie i całościowo rozwiązywanych przez lekarzy ogólnych, a pacjent powinien korzystać z porady specjalisty tylko wtedy, gdy jest to niezbędne. Przestrzeganie tej zasady zwiększa dostępność do specjalistów dla pacjentów z potwierdzonymi wskazaniami. W ten sposób łatwiej dostarczać usługi najwyższej jakości i zaspokajać duży popyt.