Kolejni odważni wchodzą do budynku Ministerstwa Zdrowia przy ul. Miodowej w Warszawie i nie wiedzą – z czym przyjdzie się im zmierzyć, z jakimi bliznami z tej walki wyjdą, jakie łatki do nich przylgną. Od 1989 r. służba zdrowia jest w nieustannym remoncie, zaś każdy minister obejmuje urząd z przekonaniem, że będzie pierwszym, któremu uda się go zakończyć. Dlatego wszystkie chwyty są dozwolone – knucie, lawirowanie, zawieranie wątpliwych kompromisów, krzyki, trzaskanie drzwiami, obrażanie.

Choć kolejne rządy po upadku komunizmu zamierzały uzdrowić system lecznictwa i do wyborów szły z pięknymi hasłami – krótsze kolejki, pacjent jest najważniejszy, szpitale mają leczyć, a nie zarabiać, bezpłatne leczenie dla wszystkich – to z politycznej sceny schodziły jak pies z podkulonym ogonem. Bo na koniec okazywało się, że na usunięcie zaćmy nadal trzeba czekać 4 lata, że pacjent nie jest najważniejszy, bo 82-letnia staruszka umarła przed drzwiami szpitala, i mimo opłacania składki zdrowotnej wydajemy z własnych kieszeni miliardy złotych rocznie na leczenie. Co poszło nie tak?

– Syndrom oblężonej twierdzy to sytuacja, w której w resorcie zdrowia znajdujemy się bardzo często. Mamy wrażenie, że po pierwsze – rację mamy tylko my, po drugie – wszyscy są przeciwko nam, i po trzecie – wszyscy się na nas uwzięli i musimy sprostać złu całego świata – wylicza Jakub Szulc, wiceminister zdrowia w rządzie Donalda Tuska i Ewy Kopacz.

Paradoksalnie większość ministrów, z którymi rozmawiamy, zarzeka się, że oni na taki syndrom nie cierpieli, a wyzwaniom sprostali. Owszem, zdarzyły im się potknięcia, ale i tak wyszli z nich obronną ręką. Co ciekawe, diagnozują niemoc u swoich kolegów po fachu. Ale ci nie mają wątpliwości, że każdego, kto zasiada na stanowisku szefa resortu, prędzej czy później dopada syndrom oblężonej twierdzy. Nawet ci najbardziej otwarci zaczynają być nieufni, część ulega czarowi polityki, w której rozgrywki należą do codzienności. I wpadają w kolejną pułapkę – działania zgodnego z ideologią, a wbrew zdrowemu rozsądkowi. Czy wręcz robienia kampanii wyborczej.