Prof. Szamatowicz w 1987 r. dokonał pierwszego w Polsce udanego zabiegu zapłodnienia metodą in vitro. Jego zdaniem, naprotechnologia nie jest nową metodą, która może konkurować z najnowszymi zabiegami tzw. wspomaganego rozrodu.

Naprotechnologia akceptuje leczenie farmakologiczne, a nawet niektóre zabiegi, np. usuwanie utrudniających zajście w ciążę zrostów w jajowodach. Neguje jedynie metody wspomaganego rozrodu. Proponuje techniki, jakie były stosowane dawniej, jeszcze przed wprowadzeniem in vitro, metody uznawanej dziś za jedno z największych osiągnięć XX w. - podkreśla specjalista.

Zgodnie ze stanowiskiem Kościoła katolickiego naprotechnologia jest uznawana za metodę leczenia niepłodności, która ma stanowić alternatywę wobec zapłodnienia pozaustrojowego (in vitro). Opiera się na analizie fizjologicznej i biochemicznej cyklu miesiączkowego kobiety, z uwzględnieniem jej gospodarki hormonalnej, co następnie jest podstawą do innych działań leczniczych, np. zastosowania technik laserowych czy mikrochirurgii. Zdaniem zwolenników tej metody leczenia bezpłodności jest ona skuteczniejsza od in vitro.

Naprotechnologia powstała ponad 30 lat temu jako skrót od słów Natural Procreative Technology (metoda naturalnej prokreacji). Zamiast wspomaganego rozrodu oferuje klasyczne techniki diagnozowania i leczenia niepłodności. Polegają one na dokładnej obserwacji organizmu kobiety, by określić optymalny okres płodności, indywidualnie dla każdej pary.

Jej wynalazcą i prekursorem jest prof. Thomas Hilgers. Uważa on, że większość przypadków niepłodności o nieznanym podłożu (tzw.idiopatyczne) można skutecznie leczyć. Wystarczy nawet posługiwać się naturalnymi metodami, jak badanie śluzu i temperatury dla określenia dni płodnych kobiety. Podaje się, że skuteczność naprotechnologii może sięgać nawet 97 proc.

To kłamstwo - podkreśla prof. Szamatowicz. - Rozmawiałem z prof. Hilgersem podczas jego pobytu w Polsce. Pytałem go, dlaczego tak znakomitych wyników nie prezentuje na międzynarodowych kongresach leczenia niepłodności, jakie co roku organizowane są w Europie i USA. Powiedział, że nie jest na te spotkania zapraszany. To najlepiej tłumaczy, jak oceniana jest wartość tej metody i jej statystyka.

Według prof. Szamatowicza, naprotechnologia nie pomoże kobietom z niedrożnością jajowodów i zaawansowaną endometriozą, a także wtedy, gdy przyczyna niepłodności jest po stronie mężczyzny.

Szacuje się, że tzw. czynnik męski stanowi 35-40 proc. przypadków ogólnej niepłodności. Kolejne 25 proc. kłopotów z płodnością jest po stronie zarówno mężczyzny jak i kobiety. Możemy zatem mówić o co najmniej 50 proc. przypadków niepłodności, gdy pomocne może być jedynie in vitro - podkreśla prof. Szamatowicz.

Jego zdaniem, stosowanie naprotechnologii w przypadkach, w których jest ona nieskuteczna, jest wręcz kradzieżą okresu reprodukcyjnego kobiety. Trzeba pamiętać, że z powodu starzenia się jajników u kobiet maleją z wiekiem szanse na zapłodnienie. Po 35 roku życia ich płodność spada dramatycznie - dodaje.

Według prof. Szamatowicza, nie należy zwlekać z in vitro. Gdy po 2 latach nie udaje się uzyskać ciąży i nie wiadomo jaka jest przyczyna kłopotów z płodnością, zalecane jest poddanie się zabiegowi sztucznego zapłodnienia.

Louise Joy Brown, pierwsze "dziecko z probówki", przyszła na świat 25 lipca 1978 r. Jej rodzice wcześniej przez 9 lat bezskutecznie starali się o dziecko. Pomogło im dopiero in vitro. Od tego czasu dzięki tej metodzie na całym świecie urodziło się prawie 1,5 mln dzieci.

Rzecznik Episkopatu Polski ks. Józef Kloch mówił w ubiegłym tygodniu, że in vitro "nie jest wielką sprawą" i to ze względów medycznych i etycznych. Nie jest za wszelką cenę dobrą rzeczą, etyczną rzeczą chęć posiadania dzieci, tym bardziej, że jest inna metoda, choćby naprotechnologia, która jest akceptowana przez wiele kręgów - powiedział.

Episkopat już szereg razy swoje stanowisko bardzo jasno określał, że są alternatywne metody - choćby naprotechnologia - i idźmy w kierunku leczenia, a nie obejścia problemu, bo in vitro jest obejściem - podkreślił ks.Kloch.